W Niemczech największe sieci super- i hipermarketów to Edeka i Famila. Są obie nawet w mojej prowincjonalnej metropolii (18 tyś. mieszkańców). W Edece, gdzie kupuje warzywa nie ma innych ziemniaków niż z Dolnej Saksonii, która jest ziemniaczanym zagłębiem (polecam odcinek podróży Roberta Makłowicza na ten temat, zobaczycie kawałek tego cudu jaki jest Lüneburger Heide) a w obu jest do kupienia kawa z małej, lokalnej palarni. W Polsce nie do pomyślenia. Ale może to sie zmienia.
Tematyka właśności intelektualnej nie jest zbyt chwytliwa, chyba ze wybucha kolejna afera o plagiat czy wykorzystanie cudzych przepisów. Z tego co pamiętam to np. Weganon sie oburzał, że firma piekarnicza dla której pracowników zrobił szkolenie z wypieków wykorzystała do produkcji jeden z przepisów ze szkolenia a Jadłonomia toczyła boje z Biedronką o wykorzystanie jej przepisów w gazetce gazetce wydawanej przez tę sieć.
Weganizm i dieta roślinne to wbrew pozorom dwie różne rzeczy i ich mylenie bywa źródłem nieporozumień.
Z dietą roślinną sprawa jest w gruncie rzeczy dość prosta-to dieta eliminacyjna, bez składników pochodzenia zwierzęcego. Bez mięsa zwierząt i ryb, owoców morza, mleka i nabiału, miodu, żelatyny. W praktyce mogą pojawić się niespodzianki-na przykład bardzo wiele sorbetów (czyli niejako z definicji lodów roślinnych, zrobionych na bazie owoców i wody) zawiera mleko w proszku. Ale generalnie nie jest to mocno skomplikowana sprawa.
Kawę w tamtych czasach dziko rosnącą, ludzie odkryli 2 i pół tysiąca lat temu. Etiopski szczep Oromo, gotował całe ziarna z sola i masłem. Ponad półtora tysiąca lat później kawa trafiła do Jemenu, skąd rozpowszechniła się, juz jako napój, na cały świat muzułmański. Co ciekawe, nie bez oporów i zakazów. Prohibicja kawowa wprowadzana była czy to w Imperium Osmańskim czy wśród arabów przez religijnych fundamentalistów, oburzonych jej pobudzającym działaniem
Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.
Mam nadzieje, ze Was za bardzo nie zmęczyłem tym ostatnim depresyjnym wpisem.
Dzisiaj dla odmiany coś rozrywkowego.
Jak się mieszka na takim zadupiu, pięknym ale zadupiu, to nie ma za dużo możliwości rozrywkowych (jeżeli pomin ąc Netflixa i gry FPS). Ostatnio dużo słucham stand u-ów i jak wpadła mi w oko na fb (algorytmy działają) reklama niemieckiej trasy polskiego stand-upu to oczywiście się nakręciłem, tym bardziej, ze jest występ w Hanowerze.
No ale jak zrobiłem parę prostych wyliczeń i wyszło mi co najmniej 100 euro za taki wypad (prócz biletu na występ, pociąg w obie strony, nocleg) to jednak swierdziłem, że niekoniecznie.
No i z rozrywek to pozostaje mi głównie wycieczka na Wochenmarket do Schneverdingen.
Uwielbiam takie bazarki (jak się mówi w Warszawie), gdzie można kupić różne lokalne specjały i produkty bezpośrednio od producentów i rolników, nierzadko też fajnie o nich porozmawiać. Czasami zdarzają się prawdziwe rarytasy jak np. na bazarze Hale Banacha gdzie można czasami w sezonie kupić skorpiona. Nie tego pajęczaka a jedną z ekstremalnych odmian chili. Tylko dla twardzieli.
Pewnie dla wielu osób będzie to śmiesznie, głupie czy "moherowe", ale jeżeli być konsekwentnym to jest to naprawdę problem. Zarówno w wegańskiej kuchni (o różnicy między kuchnią rośliną a weganizmem pisałem tutaj )jak i wtedy gdy w kuchni stosujemy zasady Dharmy.