Czy zupa jest utworem?

Tematyka właśności intelektualnej nie jest zbyt chwytliwa, chyba ze wybucha kolejna afera o plagiat czy wykorzystanie cudzych przepisów. Z tego co pamiętam to np. Weganon sie oburzał, że firma piekarnicza dla której pracowników zrobił szkolenie z wypieków wykorzystała do produkcji jeden z przepisów ze szkolenia a Jadłonomia toczyła boje z Biedronką o wykorzystanie jej przepisów w gazetce gazetce wydawanej przez tę sieć. Co jakiś czas pojawia się też sprawa hurtowego wykorzystania cudzych przepisów czy to na jakimś blogu czy w ebooku (z tego co kojarzę to niedawno ktoś przepisał przepisy Olgi Smile i opublikował w swoim ebooku).
I zazwyczaj okazuje się, że pokrzywdzeni kompletnie nie maja pojęcia o prawach własności intelektualnej. Światowy dzień Własnosci Intelektualnej to całkiem niezła okazja by na one kwestyję rzucić nieco światła.
Po pierwsze prawa własności intelektualnej a prawa autorskie to nie to samo! Tak jak np. prawo rodzinne nie jest tym samym co prawo cywilne. Prawo rodzinne jest częścią prawa cywilnego (obok np. prawa spadkowego).
Podobnie jest i w tym przypadku-prawa własności intelektualnej to pojęcie szersze i obejmują one (w pewnym uproszczeniu) obok praw autorskich, prawa patentowe i prawa ochrony własności przemysłowej. W Polsce kiedy pojawia się ta tematyka to jest ona niejako domyślnie ograniczona do bardzo wąsko i jednostronnie pojmowanych praw autorskich. I ta bardzo istotna kwestia (co widać np. w kwestii produkcji szczepionek) tycząca się praktycznie wszystkich aspektów naszego życia zostaje ograniczona do kwestii interesów wąskiej grupy lubiącej siebie nazywać “artystami” albo “tfu!rcami” i, a właściwie przede wszystkim, wielkich korporacji lobbujących, w swoim finansowym interesie (a to zupełnie co innego, wręcz przeciwnego niż interes społeczeństwa czyli nas wszystkich) za coraz bardziej restrykcyjnym prawem własności intelektualnej. Co prowadzi do takich absurdów jak amerykańskie patenty na zaokrąglone rogi w smartphonie czy na dwuklik myszą.
W dużym skrócie. Prawa autorskie tyczą się “każdego przejawu działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalonego w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia” Jasne? Chyba nie za bardzo. Czasami myślę, że mamy do czynienia z wielką międzynarodową konspiracją prawników, która stoi za niezrozumiałym językiem wszelkich aktów prawnych czy umów, po to żebyśmy w potrzebowali ich usług.
O to jaki jest zakres tej definicji i czym jest utwór czyli “coś” podlegające ochronie prawno-autorskiej toczy sie spór tak stary jak prawo autorskie. Bo o czym też warto pamiętać, prawa autorskie (i szerzej prawa własności intelektualnej) są dość nowym zagadnieniem. Nie znajdziemy ich (wbrew temu co usiłują nam wmawiać lobbyści) ani w Dekalogu i Prawie Mojżeszowym, ani w Kodeksie Hammurabiego, ani w prawie rzymskim. A zmorą Szekspira (co jednak nie powstrzymało go przed stworzeniem największych arcydzieł światowej literatury) byli piraci spisujący jego dzieła ze słuchu w teatrze i wydający je potem bez zgody autora w zniekształconej wersji. A jedyne co mógł zrobić Wielki Stratfordczyk i jego wydawca to dogonić uciekającego skrybę i obić mu ryja, ewentualnie podpalić piracką drukarnię.
Nie żebym pochwalał przemoc ale to pokazuje ze prawo autorskie niekoniecznie jest jedynym co pozwala twórcom żyć z twórczości. Co więcej jeszcze całkiem niedawno ochrona np. dzieł drukowanych trwała np. 10 lat od pierwodruku i nie była dziedziczona. XX wiek to czas ciągłego rozszerzania zakresu działania praw ochrony własności intelektualnej, która w przypadku prawa autorskiego trwa aż 70 lat po śmierci autora.
Richard Stallman jedna z najważniejszych postaci ruchu Wolnych Licencji
I tu się pojawia ciekawa kwestia: czy zupa (albo tort) jest utworem? Albo przepis na oną zupę czy tort? otóż NIE! W sensie formalno-prawnym danie ani receptura nie jest dziełem ani utworem i nie podlega ochronie autorskiej czy szerzej praw własności intelektualnej. Ochronie będzie podlegał zapis przepisu i fotografia potrawy. Czyli jeżeli umieszczę na blogu przepis np. na ciasto i zdjęcie ciasta to złamaniem prawa będzie tylko przepisanie go słowo w słowo i przeklejenie fotografii ale gdy ktoś spisze ten przepis swoimi słowami i doda fotografię swojego dania z tego przepisu to prawnie jest to ok.
Ochronie może podlegać ewentualnie nazwa “Ciasto Analogsów”, ale tylko jeżeli zastrzegę ją jako nazwę własną/znak towarowy (co nie jest ani szybkie ani tanie). Wynika to zresztą wprost z art. 1 ustawy o prawach własności intelektualnej “Ochroną objęty może być wyłącznie sposób wyrażenia; nie są objęte ochroną odkrycia, idee, procedury, metody i zasady działania oraz koncepcje” a przepis sam w sobie jest właśnie procedurą i metodą przygotowania jedzenia. Czyli pretensje np. Weganona były kompletnie bezzasadne (chyba ze zastrzegł w umowie szkoleniowej, że firma nie wykorzysta receptur przedstawionych na szkoleniu).
Nota bene taka sytuacja prawna jest przyczyną czegoś, czego sam miałem okazję doświadczyć czyli prób podkupywania i przekupywania kucharzy przez firmy czy lokale chcące poznać receptury konkurencji. Właściwie dowolna osoba czy firma może wziąć dowolny i czyjkolwiek przepis i sprzedawać dania przygotowane według niego.
Możemy się oburzać (i słusznie) na takie praktyki, jak i na to że nawet najpiękniejszy tort i najdoskonalsza receptura nie są traktowane jako dzieło i utwór, i nie można ich ani zastrzec ani w żaden sposób chronić prawnie przed użyciem i czerpaniem korzyści przez osoby, które nas o tym nawet nie raczą powiadomić, nie mówiąc już o pytaniu o zgodę i wypłaceniu honorarium ale taki jest stan prawny.
Z drugiej strony to trzeba pamiętać, że z kartki, zapisu nie da się skopiować potrawy 1 do 1, tak jak z nut nie zagra się dwa razy identycznie a ten sam scenariusz filmowy może być podstawą pięciu bardzo różnych filmów nakręconych przez 5 różnych reżyserów. Przepis jest trochę właśnie jak scenariusz czy zapis nutowy któremu wykonawca nadaje indywidualny charakter swoją interpretacja, aranżem czy reżyserią. Ważne jest też to, że mamy inny smak i np. “lekko posolone” będzie dla dwóch osób znaczyć co innego a produkty używane w kuchni w większości nie są zestandaryzowane. Marchewka raz będzie mieć mniej a raz więcej wody, może być też mniej lub bardziej słodka. Nawet ta sama marchewka będzie inaczej smakować kilka godzin po zerwaniu i po kilku miesiącach. Nie mówiąc już o różnych odmianach, różnych warunkach glebowych i pogodowych, które też mają wpływ na smak. Użycie takiej samej ilości składnika może dawać różne efekty w smaku i teksturze dania.
Z trzeciej strony to wszyscy jesteśmy “karłami stojącymi na barkach olbrzymów” i korzystamy wręcz na co dzień w kuchni z dokonań takich postaci jak Escoffier czy Ćwierciakiewiczowa. I gdyby zastosować restrykcyjne prawa autorskie w kuchni to nikt z nas by niczego nie ugotował, nawet się nie nauczył Ta wręcz anarchia prawno-autorska pozwala na ogromną kreatywność i czerpanie inspiracji zewsząd.
Z innej jeszcze strony i na koniec warto wspomnieć (tylko wspomnieć) o mającym podobne podejście do twórczości własnej i cudzej, ruchu Wolnych Licencji i Wolnej Kultury.
Ruch Wolnej Kultury/Wolnych Licencji, uznaje obecne prawa właśnosci intelektualnej za zbyt restrykcyjne, niesprawiedliwe i ograniczające postęp i kreatywność. O tym warto byłoby napisać osobny tekst, więc dzisiaj tylko zwróćcie uwagę na stopkę mojej strony (i obu ebooków z przepisami” z logiem (cc). To jest oznaczenie licencji creative-commons, jednej z tzw. wolnych licencji, która rozszerza mocno (upraszczam oczywiście) to co nazywane jest “użytkiem dozwolonym”. Samej CC jest kilka odmian są też licencje Open Source i GNU a także Domena Publiczna. Ale o tym innym razem
Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych informacji? Wesprzyj mojego bloga

Moje media społecznościowe

Kategoria:

Share