Mogę się odwrócić i odejść albo strzelić

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

Nigdy nie wiemy, jaki skutek przyniesie nasza decyzja, nieważne czy podejmujemy ją całkowicie bezwiednie i bezmyślnie czy po długich wahaniach i rozmyślaniach. Nie wiemy nigdy co będzie za drzwiami, dziewczyna czy tygrys? Przyszłość jest zawsze niewiadomą a nasze życie to ogród o rozwidlających się ścieżkach, z których nie wiemy, która jest tą mniej uczęszczaną.
I mimo to w każdej sekundzie życia skazani jesteśmy na dokonywanie wyborów w których zawsze jesteś mi samotni, na tragiczną wolność w obliczu nicości I konsekwencji naszych wyborów.
Miałem chyba 14 lat. Nigdy nie wiadomo co z lektury arcydzieła zrozumie taki dzieciak. Ani jaki na niego mieć będzie ona wpływ. Zwłaszcza jeśli ten dzieciak ma nerwicę, lęki społeczne i depresję.
I kiedy dzisiaj, z twarzą pooraną coraz bardziej zmarszczkami i włosami jeszcze długimi, ale coraz bardziej przyprószonymi siwizną oglądam się wstecz, to gdy mam wybrać ten jeden moment, który zdecydował, ze podążyłem przez życie droga mniej uczęszczaną, to jest ten moment kiedy sięgnąłem po książkę z fascynującą mnie od dawana, minimalistyczną czarną okładka i mottem z którego nic nie rozumiałem
Jest rzeczą równie rozsądną ukazać
jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak
ukazać coś, co istnieje rzeczywiście,
przez coś innego, co nie istnieje.
Daniel Defoe

Opowieść o walce z dżumą w egzotycznym mieście, to jedna z tych kilku powieści po których można stwierdzić, że nie ma sensu pisać. Bo wszystko co znaczące, zostało juz powiedziane. Formalnie najbardziej chyba tradycjonalistyczna powieść Camus, z zachowaniem klasycznych trzech jedności, klasycznym narratorem, opowiadającym się jasno po jednej ze stron dramatu, jaki rozgrywa się przed oczami czytelnika, jest to jednak powieść którą można czytać i odczytywać bez końca. Idealne, doskonałe dzieło otwarte o rozwidlających się ścieżkach znaczeń. A interpretacja na każdym z wielu poziomów jest tak samo uprawniona i prawdziwa. W jakiś sposób jest to też zapowiedź metody pisarskiej Samuela Becketta który w swoich dziełach mnożył tropy, ani prawdziwe, ani fałszywe ani nawet mylące. Ani nawet niewystarczające, jak to interpretował Antoni Libera. Beckett, tak jak i Camus w swojej twórczości wychodzą poza albo/albo, zerojedynkową logikę nieusuwalnej sprzeczności i konfliktu. Oczywistym nadużyciem interpretacyjnym byłoby szukanie tu związków z pięciowartościową logiką madhjamaki. Ale jakże kuszącym…
Albert CamuS Dżuma
Opowieść o ludziach w heroicznej (a czasami bardzo nieheroicznej) walce z epidemią, z zagrożeniem jakie niespodziewanie wdziera się w uporządkowany, i zdawałoby się wieczny, świat codzienności. To znaczenie dzisiaj chyba szczególnie nas uderza. Nic nie jest trwałe, nigdy nie wiemy czy dożyjemy następnego dnia, czy nas świat dotrwa do kolejnego dnia.
Opowieść o wojnie. Napisana w 1947 roku była, co oczywiste, odczytywana jako metafora wojny, przemocy wdzierającej się w zwykłe dni, zwykłych ludzi, wciągającej w wir śmierci, przerażenia i zabijania które zaraża niczym dżuma. Wielki akt sprzeciwu wobec przemocy, wojny i kary śmierci. Ale też ukazanie nieuchronności tej ostatniej. Czyż wszyscy nie jesteśmy jak skazaniec w celi śmierci oczekujący na nieuchronne wykonanie wyroku, nie wiemy tylko kiedy ani jak…
Bo jest to też opowieść o ostatecznej równości, w jakiej stajemy całkowicie nadzy i odarci ze wszystkiego w obliczu śmierci “Z wyższego punktu widzenia, który był punktem widzenia, dżumy, wszyscy, od dyrektora do ostatniego więźnia, byli skazani, i może po raz pierwszy w więzieniu panowała absolutna równość”
Opowieść o człowieku który robi swoje, wierzy wbrew nadziei i staje po stronie człowieka, o byciu znakiem sprzeciwu, nawet a może zwłaszcza, gdy jest to całkowicie daremne i pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, poza czysto egzystencjalnym aktem wolnej woli. Powiedzeniem głośno i wyraźnie NIE w pustkę, pozbawioną znaczeń. Ta opowieść to kondensacja setek stron esejów z Mitu Syzyfa i Człowieka Zbuntowanego, deklaracją ideowa heroicznego egzystencjalisty, gdzie niezgoda na nicość i bezsens egzystencji przechodzi od rozpaczy przez krzyk znieważonej niewinności do męstwa bycia i stawania się.
Zapis stanu w którym rozpacz i oddanie są nierozdzielne. Kwintesencja wszelkiego non possumus. Tylko po to, aby móc powiedzieć zrobiłem co mogłem, chociaż sam nie jestem bez winy a wszelka walką kończy się ostateczną przegraną wraz z naszą śmiercią.
Jest to ujęty w formie powieści traktat filozoficzny (w jednym ze swoich esejów Camus przytacza myśl Nietzschego “chcesz być filozofem? Pisz powieści”), wykładający imperatyw kategoryczny w działaniu. Każda filozofia jest martwa, jest bajaniem ględuł, jeśli nie zostanie poddana próbie akcji. Czym jest filozofia która nie ocala narodów ani ludzi? Nicością, głośną wrzaskliwą, a nic nie znaczącą nicością.
Jest to też opowieść o nietrwałości. O tym, że nie wiemy nie tylko, czy na nas, na naszych bliskich nagle nie spadnie śmierć, czy ciężka choroba ale też nie wiemy, czy nagle, bez żadnego naszego udziału, ani zaniedbania nasz świat się nie zawali. Nagłe, gwałtowne zwroty akcji, plot-twist to nie wymysł Holywood. To codzienność, o której nie chcemy pamiętać i o której przez ostatnie kilkadziesiąt lat w Europie zapomnieliśmy.
Jak i o tym, że tak spokojne czasy i miejsce, gdzie zamach bombowy jest sensacją a nie codziennością, gdzie normą jest bezpieczeństwo, są ewenementem. Że tak w wymiarze metaficzynym jak i najbardziej przyziemnym, nagły zwrot akcji może w każdej chwili całkowicie zniszczyć nasze życie. Tak jak z życiem tysięcy milionów ludzi uczyniła pandemia koronawirusa a życie kolejnych dziesiątek albo i setek tysięcy ludzi przewrócily rozruchy które wybuchły po śmierci George'a Floyda.
Ale też opowieść o tym, ze od nas samych zależy co z tym zrobimy, że nawet na szafocie mamy wciąż wolna wole i wybór. I że na samym dnie rozpaczy i pośród najgłębszej nocy pozostaje coś niezmiennego I trwałego co pozwala nam podźwigać się spod brzemienia ponad siły I przemieniać zło w dobro. Kiedy w sierpniu 76 samochód prowadzony przez zastrzelonego chwile wcześniej przez żołnierzy bojownika IRA zabił przypadkowe dzieci stało się początkiem ruchu pokojowego zainicjowanego przez jedną z matek. I znowu strasznie naciągane ale równie kuszące byłoby tu podążenie w interpretacji w kierunku tantrycznej przemiany trucizny w lekarstwo a emocji w mądrość… ale czy nie jest trochę tak, ze każde dzieło to dzieło otwarte a znaczenie jest w oku patrzącego?
To tez opowieść o tym że nigdy nie jesteśmy bezpieczni, ani przed innymi ani przed samym sobą a walka nigdy nie ustaje, bo "bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście."

Jest w tym dziele otwartym jeszcze jedna opowieść, bardzo osobista, bardzo wyinterpretowana, bardzo moja… Opowieść o codziennej walce z własną “zarazą”, walce której nie można wygrać. Można wygrać tylko jeszcze dzień życia, jeszcze dzień bez załamania nerwowego, jeszcze jeden dzień który zaczyna się od płaczu przy porannej kawie, ot tak bez powodu, wypełniony lękami i atakami rozpaczy. Jeszcze jeszcze dzień walki o oddech…
…coś nie do pojęcia, dla tych, którzy tego nie doświadczyli, kiedy każdy kolejny poranek, każdy kolejny oddech jest walką o przetrwanie… niekiedy pozostaje tylko biologiczny instynkt przetrwania a niekiedy ratuj cię myśl, ze Budda nauczał, ze wszystko ma koniec, wiec to cierpienia tez się skończy. Tylko trzeba jeszcze…trochę…wytrzymać…
A na koniec jest to opowieść niosąca nadzieję. Że zawsze będą tacy, którzy sprzeciwiają się dżumie i że “ że w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę” i chociaż wszyscy jesteśmy zadżumieni to możemy starać się z całych sił by być lekarzami. I nieważne jak drobne są nasze starania. Sam akt wyboru, powiedzenia NIE jest wartością samoistną. Nawet jeżeli nie przyniesie nic prócz poniżenia i rozpaczy.

a jeżeli kogoś zastanawia tytuł to poniżej wyjaśnienie

Kategoria:

Share