

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Początek roku jest zawsze czasem rankingów podsumowań i prognoz, również w branży spożywczej.
Różne firmy badawcze i konsultingowe zamieszczają rankingi i zestawienia trendów na 2025 rok, stworzone przez bardzo mądrych ludzi, na dobrze płatnych posadach, w gabinetach na dziesiątym piętrze biurowca i to są bardzo mądre rankingi, i ja je czytam, implementuję do mojej pracy w kuchni, ale z perspektywy ulicy czy kogoś, kto w realiach rosnących cen codziennie musi dokonywać wyborów zarówno prywatnych, jak i zawodowych (a niestety food cost jest Bogiem) zawsze będzie wyglądać to trochę inaczej.
Oczywiście każdy taki ranking jest zawsze zniekształcony, zawsze jest tylko mapą. A mapa nigdy nie jest terenem. Mapa z jakimś przybliżeniem opisuj jakiś aspekt rzeczywistości. Pod innym kątem analizuje rynek agencja marketingowa, a pod innych związek smakoszy, A pod innym jeszcze szef kuchni
Zawsze też takie zbory trendów, zapowiedzi będą też trochę zapisem chciejstwa ich autorów, bo taka mamy wszyscy naturalna skłonność by sami siebie potwierdzać
No i zawsze liczba trendów jest całkowicie arbitralna i wybrana, bo jakaś liczba nam się podoba, bo 5 czy 10 to takie ładne okrągłe liczby
Ułożyłem mój, oczywiście subiektywny, oparty o moje indywidualne doświadczenie i to co zdołałem w przerwach od gotowania przeczytać na temat rynków spożywczych czy zmian klimatu, które mają tu zasadnicze znaczenie, alternatywny zestaw trendów na 2025.
Posiłkowałem się oczywiście też zestawieniami trendów opracowanymi przez wielkie międzynarodowe firmy marketingowe i badawcze m.in. Innova, VML i Mintel
1. To absolutnie i nieodwołanie-cena!
Skumulowana inflacja od 2020 roku w USA to 24,5%, w Polsce ponad 35%, najlepiej w strefie Euro, niecałe 20% ale to i tak dużo, zwłaszcza jeśli mówimy o biedniejszej części społeczeństwa. Tym bardziej że duża część inflacji to wzrost cen żywności i nośników energii, co podnosi koszty gotowania i w domu i restauracji.
Bardzo ciekawy raport przedstawiła agencja VML, zatrudniająca 30 tys. pracowników, jedna z największych na świecie agencji marketingowej. Pamiętacie reklamę coca-coli z miastem świętych Mikołajów? I hasłem „świat potrzebuje więcej mikołajów”? To oni.
Przedstawili raport „The Future 100: 2025” ze 100 trendami na 2025 roku w dziesięciu kategoriach: kultura, technologia, podróże i hotelarstwo, marki i marketing, jedzenie i picie, uroda, handel detaliczny, dobra luksusowe, zdrowie i wellness oraz innowacje.
Ale pokazujący tez czego obawiają się społeczeństwa. Na pierwszym miejscu jest „cost of living” na czwartym bieda, na siódmym bezrobocie. Na ósmym ekonomiczne turbulencje, czyli inaczej nazwane to samo.
Wzrost cen właściwie wszystkiego, co potrzebujemy, żeby mieć na stole jedzenie będzie się przekładał na wszystkie trendy które związane są z obniżaniem kosztów, czyli na przykład nielegalne zatrudnienie w gastro, niewypłacanie pensji pracownikom, oszukiwanie pracowników na pensji, ale też oszukiwanie klientów na produkcie.
Tak jak w raporcie Innova trendem numerem jeden jest „Produkty i podnoszenie standardów” to będzie to realnie oszczędzanie na produktach i podnoszenie standardów w obniżaniu kosztów. W sposób nie zawsze uczciwy.
I zapewne częścią tego trendu będzie postępujący odpływ klientów z gastronomii, jaki następuje w każdym kryzysie. Jedzenie na mieście zawsze należy do tych wydatków z jakich ludzie rezygnują najszybciej. Ten odpływ klientów najczęściej wycina „środek”. Lokale ze średniej półki. Pozostają najgorsze i najtańsze i przede wszystkim franczyzy i lokale z najwyższej półki.
Pozytywnym skutkiem będzie umacnianie się wszystkich trendów typu less/zero waste, kuchnia resztkowa, kuchnia ludowa. I dalsze umacnianie trend na lokalne produkty, bo ziemniaki są tańsze niż quinoa.
2. Dowozy
Po co ludzie chodzą do knajpy? Po co uczestniczą w przyjęciach, urządzają urodziny i sylwestra? Chodzi o społeczną funkcję jedzenia.
Według wspomnianego już przeze mnie raportu VML, 85% konsumentów chce spędzać więcej czasu z bliskimi. Wszelkiego rodzaju zbiorowe uczty są na to doskonałym sposobem. Ale w czasach kryzysowych, wzrostów cen, spadków wynagrodzeń realnych, wyjścia do miasta są skromniejsze, a wiele osób będzie wolało zdecydowanie tańszy sposób jakim jest wspólny czas w domu. I tu może być Netflix i UberEats, z tanimi daniami na dowóz i napojami kupionymi w sklepie zamiast kina i kolacji na mieście.
I to będzie kolejny trend, kontynuacja tego, co trwa od pandemii, czyli rozwój rynku delivery, pracy platformowej, dowożenia jedzenia na UberEeats, Liferando etc.
I tu może być bardzo ciekawa sytuacja, bo mamy z jednej strony i będzie się utrzymywał wzrost sprzedaży brany delivery. której ważnym filarem jest prawdziwie nowoczesny i zoptymalizowany wyzysk pracowników.
Ale coraz silniejszy jest trend walki pracowników delivery o swoje prawa, zakładanie związków zawodowych, strajki i manifestacje, o których pisałem kilkakrotnie przetaczają się przez cały świat.
https://rudekitchen.pl/kolejne-protesty-kurierow
https://rudekitchen.pl/czy-dostawcy-jedzenia-staja-się-awangarda-strajkowa
Nawet w tak nieuzwiązkowionym i niestrajkowym kraju jak Polska powstał w Poznaniu pierwszy związek zawodowy kurierów tej branży i przeprowadzali oni persze akcje protestacyjne.
Poprawa warunków pracy i płacy w branży delivery będzie oznaczała podwyżkę cen dla klientów. Jest to podobna sytuacja jak z kurierami Inpostu cz Amazona-gdzie to kurierzy płacą za darmową/tanią i szybką wysyłkę.
I konflikt nie przebiega tylko między biznesem a pracownikami, ale również między pracownikami (w tych branżach bardzo często są to imigranci) a klientami (najczęściej białymi przedstawicielami wielkomiejskiej klasy średniej).
W Niemczech jest szansa, że kurierzy delivery zostaną objęci układem zbiorowym, co na przykład oznaczałoby przestrzeganie płacy minimalnej dla kurierów. Co może wywalić cały rynek delivery w Niemczech do góry nogami.
Jeżeli mówimy o trendach w gastronomii to wzrost delivery i walka kurierów o godnną pracę i płacę są jednymi z najważniejszych.
3. Gotowanie domowe.
Tutaj też istotnym momentem była pandemia. Dla wielu osób był to powrót do gotowania w domu i wspólnego jedzenia. Tym bardziej że jest to tańsze niż jadanie na mieście.
Wokół tego już powstały liczne usługi jak to kursy gotowania, (również online)czy niebędące jakoś szczególnie dużym rynkiem, ale rozwijającym się „meal kit”, zestawy do samodzielnego gotowania, czyli paczka z wszystkimi potrzebnymi produktami plus zbiór przepisów.
Potentatem na tym rynku jest niemiecki HelloFresh, działający w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii i kilkunastu krajach europejskich.
Gotowanie w domu oznacza też większe zapotrzebowanie na takie półprodukt jak gotowe buliony i bardziej zdrowe i naturalne produkty. Gotowanie domowe zazwyczaj łączy się z poczuciem większej kontroli i zdrowotności tego, co jemy i z tym, że faktycznie bardziej na to zwracamy uwagę i jemy, przynajmniej trochę zdrowiej.
Przypomina mi to sytuację z mojego doświadczenia kulinarnego sprzed wielu lat, kiedy zacząłem sam robić majonez. I dotarło do mnie, że jest to prawie sam olej z odrobiną białka i emulgatorem. Nic mnie tak nie zmotywowało do ograniczenia spożycia majonezu jak ta świadomość
4. Kulinarne mikrowycieczki.
Coś, co jest moim osobistym doświadczeniem i co szczególnie dobrze ze względu na Deutchlandticket, sprawdza się w Niemczech. Jednodniowe, tanie wypady w okolicy, bez wydawania pieniędzy na nocleg to opcja zyskująca na popularności w czasach kryzysu.
Trend ten opisany w raporcie VM jako „thrift travel” jest też oczywiście odpowiedzią na kryzys i zubożenie społeczeństwa, ale tez jest częścią zmiany mentalnej, podejścia bardziej ekologicznego i efektem overtourismu,.
W coraz większej ilości popularnych turystycznych destynacji dochodzi do sprzeciwów i manifestacji mieszkańców, którzy bardziej tracą niż zyskują na dziesiątkach czy setkach tysięcy turystów rozdeptujących ich miasta i mających wysokie ceny najmu, obiadu i drinka w knajpie, zazwyczaj i tak zapchanej przez turystów.
Jak wygląda życie w takich overturystycznych miejscach miałem okazję trochę się przekonać, gdy podczas mistrzostw Euro 2024 odwiedziłem Hamburg i oczywiście Sankt Pauli. Nie da się żyć w miejscu, które jest non stopie zatłoczone przez turystów.
Na razie turystów straszą napisy takie jak po przylocie na Sycylię zobaczył mój przyjaciel z Warszawy: „tourists go home!”. Jak daleko to się posunie? Trudno przewidzieć, ale to też może wpłynąć na kształt światowej turystyki i popularność mikro wycieczek.
Takie wycieczki zmieniają też oblicze gastronomii. Jednodniowi turyści ograniczają się na takim wypadzie zazwyczaj do lunchu, ewentualnie jakichś przekąsek, ciastek, lodów czy koktajli. i domagają się dobrej jakości w niskiej cenie. Co wobec rosnących kosztów będzie coraz większym wyzwaniem dla gastronomii
5. Jedzenie rekreacyjne.
Coraz wymyślniejsze smaki i coraz intensywniejsze doświadczenia. I coraz częściej, co też jest pochodną kryzysu, jedzenie stosowane jako regulator emocji. Również dlatego, że jest w tej roli tańsze od wielu innych rozrywek i przyjemności.
I coraz silniejszy konflikt z jednej strony przemysłu spożywczego (a przynajmniej jego dużej części, również co najmniej części rolników, zwłaszcza hodowców) z postulatami żywieniowymi i społecznymi medycyny stylu życia i transformacji żywnościowej.
Tu bym przewidywał w najbliższym czasie deregulacje i odchodzenie od tzw „zielonego ładu”, co do którego nikt już nie wie co w istocie znaczy, ale jest równie wygodnym narzędziem w rękach ignoranckich polityków co woke czy zagrożenie imigracją.
Ideałem męskości i stylu życia lansowanym przez takich nieodpowiedzialnych idiotów jest wysoka nadwaga i otyłość i jedzenie rekreacyjne, chipsów, mięsa przed telewizorem.
6. Niezależnie od tego na pewno umacniać i rosnąć będzie trend fit and smart.
Stający się jeszcze bardziej częścią podziałów społecznych i politycznych we współczesnych krajach zachodu. Tak jak karykaturalnym stereotypem jedzenia rekreacyjnego jest spasiony idiota przed telewizorem tak tu jest to hipster co po maślanej bułeczce dostaje sraczki i żywi się jarmużem i flambirowaną nasturcją.
Ten podział i te stereotypy jest częścią tego, że żywność i jedzenie stają się obecnie kwestią coraz bardziej polityczną.
Co jeszcze jest tu istotne to coraz większe wyrafinowanie i wymagania konsumentów fit i smart. Jedzenie ma być zdrowe, smaczne, atrakcyjne pod każdym względem. I inteligentne. Z coraz bardziej wyrafinowanym działaniem. Jednym z nowych sub trendów jest tu jedzenie dla mózgu. To komponowanie jedzenia fit i smart pod kontem określonego, wycelowanego działania jest uzupełniane przez coraz wymyślniejsze i oczywiście droższe aplikacje i urządzenia w stylu smart i fit, wspomagane sztuczną inteligencją aplikacje do liczenia kalorii i treningów, smartwatche itp.
Pytanie, czy ten trend zyska, i czy w ogóle może zyskać aspekt społeczny i medyczny. Do tej pory jest to typowo liberalny czy libertariański styl indywidualnego sukcesu i odpowiedzialności homo ecomenicusa, o którym od czasu badań Kahnemana odnośnie do błędów poznawczych wiemy, że jest taka sama istotą mityczną jak Yeti. Oraz mocno szurskich koncepcji zdrowia i dietetyki, formatowanych, tak by wyciąga więcej pieniędzy od frajerów.
Chodzi mi o inny „trend” jaki pojawił się mocno w ostatnich latach w medycynie, czyli medycynę styku życia, w którym społeczne aspekty diety, nawyków dietetycznych, działanie reklam niezdrowej żywności czy kwestia zanieczyszczenia środowiska są zauważane jako istotne czynniki zdrowia społecznego i indywidualnego. Dieta na receptę, warzywa i owoce na receptę. Takie projekty już są i działają, pisałem o tym tutaj
https://rudekitchen.pl/darmowe-obiady
ale też zmiany systemowe od takich jak nakaz oznaczania wartości kalorycznej przez gastronomię, poprzez ograniczanie reklam po wyeliminowanie pustyń żywieniowych.
Ale to jest już coś, co zdecydowanie wychodzi poza sferę żywnościową i dietetyczną a wchodzi w kwestie pytań o organizacje ustroju społecznego i gospodarczego. A w tej sferze trendy dla zdrowszego stylu życia są obecnie bardzo niestety bardzo niepomyślne…
7. Redukcja szkód
Swój raport trendów opublikował również Mintel, jedna z największych firm badań rynku na świecie. Jednym z nich jest „idealna niedoskonałość”. czyli pewna równowaga, jeść zdrowo, ale bez uzależnienia od zdrowej diety.
Na swój użytek takie, praktykowane przeze mnie w kuchni i na moim prywatnym talerzu podejście nazywam, przez analogię do polityki narkotykowej, „redukcją szkód” albo hasłem „jeść zdrowiej”.
ten trend to trochę pogodzenie ognia z wodą czyli jedzenia rekreacyjnego z fit i smart.
Czyli rozpieszczanie siebie deserami jest ok. Ale niekoniecznie zrobionymi z cukru z tłuszczem i dodatkami identycznymi z naturalnym. Ale niech to będą, na przykład, owoce z jogurtem i dodatkami, kawałkami czekolady, orzechami, desery słodzone nie cukrem czy syropem glukozowo-fruktozowym, ale owocami, które prócz cukru mają masę składników odżywczych i błonnik, który niejako „osłania” naszą wątrobę przed działaniem cukru. Niech to będą ciasta z cieciorki czy fasoli czy desery takie jak białkowe lody z tofu
https://rudekitchen.pl/lody-twarogowe-bez-twarogu
Tak skomponowane by oczywiście zachować poziom przyjemności z jedzenia, ale ich działanie na organizm jest zdecydowanie lepsze.
Dlaczego to jest tak ważne?
Generalnie nie jest raczej tak (oczywiście nigdy nie możemy wykluczyć, że ktoś ma akurat taką jazdę) że ludzie się obżerają, bo chcą być grubi i schorowani, mieć nadciśnienie, chore serce i zadyszkę po wejściu na półpiętro.
Może się nie przyznają, ale raczej nie spotkałem nikogo, kto miałby takie cele w życiu. Jeżeli więc odżywiamy się tak, że powoduje to takie skutki, to znaczy, że jest nam to do czegoś potrzebne, zaspokaja jakieś nasze potrzeby.
Na przykład regulację emocji. To o czym wspominałem, jedzenie rekreacyjne. Przysłowiowe chipsy, telewizor, mecz, piwo są to doskonałym przykładem tego, że potrzebujemy śmieciowego jedzenia, by zachowywać mniej czy bardziej chwiejną równowagę psychiczną i nie poderżnąć gardła sobie i całej rodzinie. Względnie sąsiadom.
Tu oczywiście znowu wraca temat zmian systemowych, czyli summa summarum polityki.
I to jak indywidualne i systemowe się ze sobą splatają. Bo oczywiście wybór tego, co jemy jest indywidualny, ale systemowo różnego rodzaju wybory żywieniowe są wzmacniane np. przez wszechobecne reklamy czy regulacje podatkowe i dotacje np. do syropu glukozowo-fruktozowego. Nie mówiąc już o kampaniach społecznych à la jamie Oliver, uczący zdrowszego jedzenia, co prowadzi do na do kolejnego punktu
8. Nowe role szefów kuchni.
Zwraca na to uwagę w swoim raporcie VML. Zmiany, jakie zachodzą w gastronomii, w podejściu do gotowania, używanych produktów, doświadczenia klienta w oczywisty sposób muszą znajdować odzwierciedlenie w pracy szefów kuchni.
Jest to też związane z postępującym (zdecydowanie zbyt powoli) odejściem od kultury „yes Chef”. Film „Menu” jest trochę o tym. Kultury, która jak powiedział René Redzepi szef kuchni Nomy (uznawanej za najlepszą restaurację na świecie):
“This is simply too hard, and we have to work in a different way… It’s unsustainable. Financially and emotionally, as an employer and as a human being, it just doesn’t work.”
Jest nie do zniesienia, nie do wytrzymania i nie działa. Jest toksyczna i zabójcza.
Ale nie jest niczym nowym ani niczym szczególnym. Jest częścią czegoś, co w Polsce nazywa się “kulturą zapierdolu", a w USA “hustle culture” a jedno i drugie jest internalizacją ideologii neoliberalizmu.
Przy czym w kuchni wygląda to o wiele poniżej średniej. Mobbing, wyzwiska, nawet przemoc fizyczna nie są niczym nadzwyczajnym na kuchni. Tak samo jak alkohol i narkotyki
Od kilku już lat jest trend na „kuchnię zrównoważoną”. Kuchnia zrównoważona nie ogranicza się do tego, że używamy produktów bardziej ekologicznych, mniej mięsa, że oszczędzamy energię, czy używamy energii odnawialnej, ale musi się też przekładać na warunki i styl pracy.
Częścią, specyficzną dla kultury „yes Chef” jest zasada „never trust a skinny Chef”. Otyły kucharz jest jak alkoholik pracujący z barem. Nie ma kontroli ani wiedzy i umiejętności, jeżeli jego dania wywołują takie skutki
Kilkadziesiąt jeszcze lat temu, kiedy większość społeczeństwa dopiero ci wyszła z ubóstwa na poziomie niedożywienia nadwaga była utożsamiana ze zdrowiem i sukcesem. to tak jakby mylić słowotok po amfetaminie z erudycją i talentem literackim.
I tu jest bardzo ważna rola jaka mają do spełniania szefowie kuchni w ramach medycyny stylu życia.
I to nie jest właściwie też nic nowego. To samo robił już wiele lat temu Jamie Oliver. Ale Jamie Oliver był jednym telewizyjnym celebrytą.
Natomiast chodzi o trend, który by się przejawiał w podejściu 1000 szefów kuchni w 1000 lokalach w układaniu menu i przekładał na powszechne wybory konsumenckie.
Szefowie kuchni mają kolosalną rolę do odegrania zarówno w dziejących się obecnie trendach, jak i w koniecznej transformacji żywnościowej. Na koniec dnia to na nas spoczywa odpowiedzialność za to, co dajemy ludziom na talerze.
Alchemiczna moc przemiany dana jest każdemu dobremu szefowi kuchni i każdy z nas trochę aktorem, a trochę celebrytą w kuchni i lokalu gdzie gotuje, tym bardziej w czasach mediów społecznościowych i neoliberalnej elastyczności zatrudnienia, która dąży do teg b każdy był mark osobistą i jednoosobową firmą. Nową rolą szefa kuchni jest dziś nie tylko gotowanie, lecz także interesujące i wartościowe opowiadanie o tym na różne sposoby.
Jeden z moich znajomych szefów kuchni kilka lat temu zrzymał się na sytuacje w Polsce: wszyscy piszą książki kucharskie, aktorzy, sportowcy, celebryci (ostatnio też politycy)… tylko nie kucharze.
I to prowadzi do mojej koleżanki z jednej kuchni, ale z innego cateringu, chefowej i dietetyczki, która prowadziła bloga dietetyczno-kulinarnego na studiach. A przestała, gdy zaczęła gotować zawodowo.
“-dlaczego zawodowi kucharze nie prowadzą blogów o gotowaniu?
-nie mają czasu bo gotują”
i to też jest część tej kultury zapierdolu, której przełamanie jest konieczne dla tego by szefowe kuchni, nie tylko gwiazdy zaczęli pracować, istnieć w nowy sposób.
Tak naprawdę mojego bloga i moje pisanie o kuchni, gotowaniu i wszystkim, co z tym związane rozwinąłem po przyjeździe do Niemiec, przede wszystkim z tego powodu, że z pracy 50-60 (bywało więcej) godzin w tygodniu przeszedłem do pracy o wymiarze 30 h tygodniowo (regularnie w trakcie imprezy pracuję więc ale potem mam np. tydzień wolnego). Czyli 20 godzin tygodniowo, skromnie licząc, mam na czytanie o jedzeniu, pisanie o jedzeniu, a także na własne poszukiwania kulinarne, na które większość zawodowych kucharzy nie ma czasu ani siły.
W gastronomii wręcz była, mam nadzieję, że coraz mniej, kultura, w której overworking był cnotą, praca po kilkanaście godzin dziennie bez dnia wolnego przez miesiąc, rekordy w liczbie godzin przepracowanych w miesiącu czy roku były powodem do chluby.
Zmiana tej kultury przepracowania jest kluczowa dla nowych ról jakie muszą spełniać obecnie szefowie kuchni
9. Skracanie łańcuchów dostaw.
Temat od kilku lat na topie, szczególnie wyeksponowany w czasie pandemii i przez obecną sytuację wojenną w Europie i na świecie i kolejne zawirowania wokół Kanału Sueskiego.
Nie ulega wąwątpliwości, że najbliższym czasie łańcuchy dostaw będą poddawane wielu zakłóceniom, takim jak ataki Huti, cyberterroryzm czy zmiany klimatu. Również w tak nieoczywisty sposób jak np. odkształcanie się torów kolejowych czy mostów w wysokiej temperaturze czy szybsze niszczenie dróg asfaltowych.
Lokalność staje się obecnie wymogiem bezpieczeństwa i elementem patriotyzmu. Pytanie, na w jakim stopniun trend znacząco przejawi się na poziomie supermarketu i w polityce państw.
Bo czym innym są takie inicjatywy jak rolnictwo wspierane przez społeczności lokalne targi i kooperatywy społecznościowe, ze swej natury będące marginesem rynku, nawet jeżeli dynamicznym i rosnącym. A czym innym jest powszechnie dostępna na pólkach supermarketów dla każdego żywność.
Kluczowym problemem jest efekt skali. Kwestia wyjścia z bycia średnioklasowo-hipsterską zabawą statusową (doskonale się uzupełniającą z modą na bycie „fit i smart”) na poziom masowy dostępny dla klasy ludowej.
Marginesową w sumie, ale bardzo ciekawą kwestią jest efekt zmian klimatycznych na skracanie łańcuchów dostaw. Obecnie nikogo już nie dziwią awokado z Hiszpanii. można też już kupić quinoę z Niemiec. Gospodarstw uprawiających niemiecką quinoę przybywa w szybkim tempie, ledwo kilka lat temu pojawiło się pierwsze.
Oczywiście swoją role pełni tu też migracja. Migranci szukają sposobów, aby tanio i lokalnie produkować swoją żywność. Kiedy byłem ostatnio w Saint George kupiłem choćby lokalnie produkowane tofu kolendrę. A jeszcze w Warszawie kupowałem, produkowaną wprawdzie z importowanego sezamu, ale lokalnie, tahinę.
Co jest też ciekawym przyczynkiem do wspomnianych wyżej mikro wypraw kulinarnych. Wraz z migracją coraz więcej dań i rodzajów kuchni, produktów egzotycznych staje się lokalnymi Tak jak bliskowschodni kebab, które obecnie jest tradycyjnej, ulicznej i lokalnym daniem w Niemczech i w Polsce.
10. Ozempic
(w smie po to, żeby była pełna dziesiątka)
Trend wymieniony w raporcie VML. osobiście byłbym ostrożny, bo rozmaitych cudownych leków czy to na odchudzanie czy na inne problemy odkrywano dziesiątki i zazwyczaj się okazywało, że nie jest to tak uniwersalne rozwiązanie jak się wydawało. I jak chciał, żebyśmy wierzyli, producent.
Ozempic i podobne mu leki na otyłość opracowane dla leczenia w cukrzycy są być może przełomem w leczeni otyłości, zmniejszają uczucie łaknienia i spowalniają proces trawienia i wchłaniania glukozy.
Upowszechnienie takich leków i spełnienie się pokładanych w nich nadziei zmieni rynek „zdrowej żywności” i wszelkiego rodzaju usług „około dietetycznych’”. w idealnej sytuacji Ozempic pozwala jeść wszystko, tyle że je się o wiele mniej bo ozempic hamuje odczuwania głodu.
a żeby dopełnić, wszak jest liczbą Wielkiego Dzieła jest jedenastka to narastający od lat trend
11. Polityka żywności.
Kwestie żywieniowe, dietetyczne stają się coraz bardziej polityczne. Również za sprawą wojen kulturowych odgrywanych przez polityków. Wspominałem wyżej przy dwóch sprzecznych trendach rekreacyjnego jedzenia i fitt i smart, że stają się one częścią politycznego podziału.
Z innej strony pandemia i problemy z łańcuchami dostaw pokazały jak bardzo polityczną jest kwestia żywności. W znaczeniu, że potrzebne są polityczne decyzje, żeby zapewnić bezpieczeństwo żywnościowe
Jako bezpieczeństwo żywnościowe rozumiem zapewnienie każdemu mieszkańcowi, zdrowej, zbilansowanej diety. Jeżeli masz wokół 10 McDonaldów i podobnych barów, ale ani jednego sklepu z warzywami to nie jest to bezpieczeństwo żywnościowe, nawet jeśli najadasz się do syta
Skrajnie upolityczniony, z wielką szkodą dla wszystkich, został Zielony Ład, zarówno w znaczeniu określonego programu UE, jak i w ogólnym znaczeniu przestawiania gospodarki (również żywnościowej) na bardziej zrównoważony bieg.
Polityczne jest też obecnie kształtowanie zdrowych nawyków żywieniowych czy (a właściwie zwłaszcza) wegetarianizm i weganizm .
Polityczne są też wszelkie narzędzia systemowe do kształtowania nawyków żywieniowych jak podatki i dotacje, regulacje rynku reklamowego i oczywiście żywnościowego. Dobitnym przykładem jak polityka decyduje o naszej diecie i jak to jest obecnie gorący temat pokazuje sprawa umowy Unia Eupejska-Mercosur.
Politycznie jest również uwarunkowany obecny kształt rynku żywnościowego, opartego jak cała współczesna ekonomia na prywatyzacji zysków i uspołecznieniu kosztów. Przemysł śmieciowego jedzenia notuje coraz większa zyski a społeczeństwo płaci koszty chorób zdrowotnych, spowodowanych otyłością.
Coraz silniejsza polaryzacja w społeczeństwach zachodnich prowadzi dot go, że ta polityka schodzi już bezpośrednio na poziom stołu kuchennego. I nie chodzi o kłótnie na tematy polityczne przy obiedzie, ale o to, że prywatne stało się polityczne. Że nasze wybory żywieniowe, a wypadków szefów kuchni, decyzje zawodowe, ustawiają nas na politycznej mapie.
I tu myślę, jest jedna z najważniejszych nowych ról szefów kuchni.
W ostatniej scenie genialnego „Mefista” Istvana Szabo bohater krzyczy „jestem tylko aktorem”. W Trzeciej Rzeszy nie można było być tylko aktorem. Nigdy nie można być tylko aktorem. Nigdy nie jesteśmy tylko aktorem, tylko nauczycielem tylko piłkarzem (Eric Cantona!) tylko szefem kuchni. Dziś bardziej niż kiedykolwiek odnosi się to do szefów kuchni.
I właściwie ten trend będzie decydował o wszystkim innym w najbliższych latach.