

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Podoba mi się ta nazwa „sojowina z pieca”. Sam fakt, że coś jest z pieca (a jeszcze jak opalanego drewnem…) nobilituje to co na talerzu ląduje.
Co jest zabawne, bo jest częścią mitologii Złotej Ery, obecnej od zawsze w ludzkich kulturach.
SKŁADNIKI:
10 namoczonych wcześniej kotletów sojowych (patrz Uwagi)
2 cebule 150 g
1 papryka 200 g
marynata (patrz warianty)
czarny ocet
sos Ketjap Manis
Sos sojowy
sos hoisin
SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:
Rozgrzewamy piekarnik do 200° C
Kotlety sojowe odsączamy i kroimy w poprzek.
Cebule w piórka
Paprykę kroimy na ćwiartki, usuwamy gniazda nasienne i kroimy na paski w poprzek.
Składniki na sos mieszamy w równych mniej więcej proporcjach, więcej dajemy sosu hoisin, który będzie zagęszczał marynatę.
Mieszamy sojowinę z dwoma-trzeba łyżkami marynaty, wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika
Pieczemy około 15-20 minut aż odparuje cały płyn i sojowina zacznie się wyraźnie zapiekać
Dokładamy na blachę cebule i paprykę, mieszamy i wkładamy na następne około 20 minut.
WARIANTY:
W tego typu daniach smażonych czy pieczonych dobra marynata/zaprawa jest podstawą smaku natomiast jest skład jest dość dowolny.
Istotą marynaty jest dostarczenie smaku, przede wszystkim umami oraz cukru potrzebnego do reakcji Maillarda i karmelizacji, kluczowych procesów usmaczniania smażonych i pieczonych potraw, tych wszystkich pieczeniowych smaków i zapachów.
Dodatkowo ocet równoważy cukier smakowo i dodaje własnych substancji aromatycznych, własnych smaków. Więc najlepsze będą intensywne smakowo i aromatycznie octy dojrzałe, ocet balsamico (dostarczający dodatkowo cukru),, i octy owocowe, na czele z popularnym i zwyczajnym octem jabłkowym.
Do marynaty możemy dodać passaty czy koncentratu pomidorowego jako jeszcze jednego źródła umami.
Oczywiście można dodać przypraw takich jak wędzona papryka, mielony czosnek, kumin, jałowiec, mielona gałka muszkatołowa. Generalnie jak takich samym przypraw jakie są używane do podobnych marynat do mięs.
Sosy Hoisin i Ketjap Manis dają cukier, zamiast tego można dać po prostu łyżeczkę cukru, najlepiej Dark Muscavado, użyć jakiegoś syropu.
Przez jakiś czas używałem różnych własnej produkcji syropów z mniszka, czarnego bzu, morwy białej, z jabłka z cebulą. Takie własnej produkcji, czy dobrej jakości, naturalne syropy będą też doskonale pasować do marynaty.
UWAGI:
Kotlety sojowe przygotowujemy według instrukcji na opakowaniu. Mniej więcej. Najlepiej jest je gotować z dodatkiem sosu sojowego i przypraw takich jak jałowiec, gałka muszkatołowa.
Więcej o „sojowinie” w tym artykule
http://rudekitchen.pl/sojowina-tsp-vsp
SERWIS:
Podajemy jak typowe, klasyczne danie obiadowe , z ziemniakami, kluskami, surówką.
U mnie czarne kluski kładzione z mąką konopną i surówka z pora.
Ale na drugą nóżkę, następnego dnia poszło z ryżem do burrito, a po drodze sprawdziło się jako zimny półmisek.
No i sojowina z pieca gotowa. U mnie, co polecam każdemu z minipiekarnika, Ciekawy myślę jest związek popularności mini piekarników z rozpadem tradycyjnego modelu rodziny. Mini piekarnik to produkt dla samotnych i max 3 osobowej rodziny (psiecko się nie liczy, zwierzęta domowe to nie rodzina, to niewolnicy).
Ale wracajmy do pieca.
Bo czy to naprawdę było takie fajne, kiedy jedzenie było z pieca, opalanego, nie daj boże węglem, drewnem lub krowim nawozem. Czy ono naprawdę było lepsze?
Nie mówimy o śmiertelności, niedożywieniu, kwestiach społecznych, ale czysto kulinarnie.
Żywność była dramatycznie złej jakości, powszechnym problemem było fałszowanie żywności, dodawanie do chleba gipsu czy trocin, mleko było powszechnie rozcieńczane i zabarwiane kreda lub gipsem.
Nie znane były też dzisiejsze reguły sanitarne, ani takie koncepcje jak „bakterie” czy mycie rąk. Powszechne były zatrucia, tym bardziej że powszechnie (z biedy i niedoboru żywności) jedzono produkty, które dziś wyrzucamy jako popsute, nieświeże czy śmierdzące.
Wiecie co to jad kiełbasiany? Albo zatrucia sporyszem? Znacie kogoś, kto miał takie zatrucie?
Nie. Podobnie z salmonellą. Zatrucia salmonellą wciąż występują, ale przestały być powszechne. Są już raczej ewenementem niż normą.
A sam piec? Opalany węglem. Drzewem. Krowim łajnem jak to robiono w niektórych rejonach świata. Czy to tak wspaniałe urządzenie kuchenne? Czy to najlepsza technika pieczenia?
Lepsza niż w piecu konwekcyjno-parowym, w którym mogę dokładnie ustawić temperaturę i wilgotność? I utrzymywać cały czas taką samą. No i określony czas?
Ustawiam piec przykładowo 30 minut, 180°C, termoobieg (dodatkowa możliwość jakiej nie miały te mityczne „piece opalane drewnem”, mogę dać określoną wilgotność (miska z wodą w piekarniku była lepsza?)
Ustawiam, włączam, godzinę piecze mi się chleb. Wyłącza się i pika. Ja wyjmuję chleb, nie muszę patrzeć, pilnować, dorzucać opału.
A proces pieczenia jest dokładnie powtarzalny, przebiega w ten sam sposób więc efekt jest ten sam.
Dawnymi sprzętami i technikami robiono też często inne potrawy i inne smaki. Wiele tych dawnych potraw byłoby dzisiaj dla nas mało zjadliwe. Zmieniły się smaki, gusta i nawyki kulinarne.
Dwieście lat temu przepisy spisywałbym atramentem na drogim w chuj papierze, starannie i powoli (bo poprawki to była męka, nawet jeszcze w czasach maszyny do pisania). I na pewno są amatorzy takich rękopisów, pięknie kaligrafowanych, z ozdobnymi majuskułami, rysunkami zamiast zdjęć produktów i potraw.
Doskonale taki sentyment rozumiem. Sam mam np. stuletnią „Ich fann kochen”, wydrukowaną gotykiem. Piękny obiekt kolekcjonerski, ozdobna moje kolekcji książek kucharskim. Ale nic więcej. Jakbym, był inteligentnym inteligentem, mógłbym się na tle tych książek fotografować. Ale zdecydowanie lepiej, wygodniej, szybciej, efektywniej i smaczniej jest to spisywać na komputerze.
Można oczywiście mierzyć książki kucharskie wartością kolekcjonerską, zbierać albumowe wydania takie jak książki Hildemana (też ozdoba mojej kolekcji, bo te książki już raczej wznawiane nie będą). Kiedy byłem mały wielu moich kolegów kolekcjonowało „resorakI”, malutkie w skali chuj wie jakiej modele samochodów, byli tacy co zbierali puszki po piwie i napojach gazowanych, inni zdjęcia aktorów, piłkarzy, gwiazd rocka.
Oczywiście tradycje (bo nie ma jednej tradycji kulinarnej np. polskiej) są cenne ważne i ktoś, kto je przekreśla nie ma co robić w kuchni.
Ale kuchnia to nie rekonstrukcja bitwy pod Mahon. Rekonstrukcjonizm historyczny i to taki sam sentyment za naszym wyobrażeniem o dawnych czasach jak „piec opalany drewnem”. Brakuje takich szczegółów z przeszłości jak płonące wioski, gwałcone wieśniaczki, wieśniacy, dzieci, stratowany zasiewy, choroby zakaźne, biegunka, odcięte głowy, ręce, nogi, wyprute flaki, …
Ale swoją drogą byłoby to ciekawe, gdyby rekonstrukcji wzbogacić o takie właśnie rzeczy, jak na przykład wynalezienie majonezu podczas bitwy o Mahon. I gwałty na wieśniakach.
Moim ulubionym dawnym daniem, jakie polubili też moi goście są podpłomyki.
W stylu multikulti np. z guacamole, ale też moje ulubione z szarpaną sojowiną.
I pomijając nawet to co kładę na podpłomyki to generalnie chuja kładę na wierność tradycji. I pieką podpłomyki na dużej patelni z grubym dniem, a nie na kamieniach.
Szybciej, łatwiej i prościej niż na kamieniach. I zdecydowanie nie tęsknię za czasami, kiedy podpłomyk piekło się na kamieniach, a nie na kuchni elektrycznej.
Opowieść o starych dobrych czasach nie jest opowieścią o tym, co było kiedyś. A o tym. Jakbyśmy chcieli, żeby było
Tęsknota za „piecem opalanym drewnem”, za dawnymi dobrymi czasami w kuchni jest tęsknotą za dobrym jedzeniem. Tym samy jest coraz większa popularność lokalności czy slow food.
Tym elementem z przeszłości, jaki faktycznie ma tu duże znaczenie jest skala produkcji. Tym co odróżniało pozytywnie dawna żywność była skala produkcji. Nie tęsknimy za jedzeniem z pieca ani za dawnymi dobrymi czasami, które nigdy nie istniały, a za dobrym, kraftowym jedzeniem. Za produkcją „na ludzką miarę”, za żywnością produkowana z założeniem„że człowiek coś znaczy” a nie tylko wskaźniki zysku. Wspominałem już kiedyś o „marksizmie kulinarnym”, wymyśle jakiegoś blogiera bez pojęcia o kuchni i gotowaniu.
Ale akurat tu dochodzimy do punktu, gdy to się sprawdza i „marksizm kulinarny” okazuje się ważnym elementem trendów żywnościowych, doceniających lokalne smaki i różnorodność kulturową jedzenia, przeciwko tysiącom McDonaldów z tym samym menu na całym świecie. To komunistyczna idea-prawo do smaku.
Carlo Pertini, twórca idei i nazwy slow food był komunistycznym krytykiem kulinarnym w „Il Manifesto” i „l'Unità”, członkiem komunistycznej Partii Jedności Proletariatu. Cały dzisiejszy trend na lokalność, kuchnię zrównoważoną jest po części spuścizną komunistyczną. A przełomowym punktem narodzin Slow Food była manifestacja przeciwko otwarciu McDonalda na Piacca Navona, niedaleko Schodów Hiszpańskich w Rzymie, w historycznej, chronionej części miasta, w 1988 roku.
Jest bardzo znamienne jak slow food został przez światowe, zwłaszcza lifestylowe, media wykastrowany i utowarowiony, jako atrakcja dla turystów. Co jest zaprzeczeniem ideom Petriniego i slow food, będącego sprzeciwem wobec zjawisk takich jak turystyfikacja i globalizacja.
Podstawowe dzieło Petriniego “Slow Food. Prawo do smaku” to krytyka globalnego systemu żywnościowego. Jest też od samego spodu krytyką obecnego neoliberalnego turbokapitalizmu, gdzie każda czynność i każdy aspekt życia ulegają przyśpieszeniu, presji produktywności i wzrostu.
Powolne jedzenie, celebrowanie (i to wspólne, co za marnowanie czasu, który można przeznaczyć na budowanie majątku bossa w swojej korporacji) zakupów, gotowania i stołu, nie jako anonimowej, zdepersonalizowanej i zglajchszaltowanej konsumpcji (nie bez powodu Slow food zaczął się od protestu przeciwko McDonaldowi, będącemu symbolem wręcz tej patologii systemu żywnościowego) a jako budowanie wspólności, społeczności, cieszenia się przyjemnością i marnowaniem czasu. Co jest zaprzeczeniem protestanckiego kapitalistycznego dogmatu zbawienia przez zapierdol.
Jest taka anegdota z brodą jak stąd do Monachium
Amerykanin przyjechał do Grecji i spotkał rybaka, który siedział w porcie, nic nie robił
-Czemu nic nie robisz? Jakbyś więcej pracował tobyś kupił drugą łódź, zatrudnił ludzi miał potem całą flotyllę łodzi i pracowników. A ty byś sobie leżał i się opalał
-ale ja właśnie leżę i się opalam
Mądry ten grecki naród mądrością wielkich swoich filozofów, tu bym sie dopatrywał wpływów samego Kratesa.
Leżę i się opalam i o tym jest slow food. Nie o tym, żeby dorobić się flotylli, żeby móc nic nie robić, ale o tym, żeby nic nie robić i cieszyć się życiem Albo robić minimum, które jest potrzebne do cieszenia się życiem. I nie jest też o tym, że jest to kwestia indywidualnego wyboru kogoś, kto odchodzi z korporacji, ani opowieść o kolejnej modzie jak workation.
Jest o tym, że sprzątacz, tramwajarz, każdy z nas powinien pracować jak najmniej. Tyle, aby miał czas poświęcać życie temu, co naprawdę ważne. Swoim bliskim, rodzinie, relacjom z innymi i ze światem, cieszeniu się życiem.
I to nie jest możliwe bez głębokiej zmiany systemowej, zmiany nazywanej socjalizmem. Socjalizm żywnościowy obok marksizmu kulinarnego będzie chyba od dziś moim ulubionym terminem jakim będę określał mój styl gotowania.
Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych? Wesprzyj mojego bloga