

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.
UWAGA: recenzja zawiera opis fabuły, ale bez przesady, co to za fabuła.
„Jedzenie podnosi na duchu, kiedy kogoś uraduję, czuję więź nawet z nieznajomymi”
„Seasoned with Love” to jeszcze jedna komedia romantyczna z gotowaniem w tle.
To jest chyba najbardziej niesamowite w tego typu filmach. To jak bardzo one są przewidywalne. Jest oczywista intryga, główni protagoniści wylądują razem w łóżku. I będą żyli długo i szczęśliwie.
I wcale to nie przeszkadza w dobrej zabawie. O ile ta opowieść jest ciekawie opowiedziana a film dobrze nakręcony i zagrany.
Nie ma obowiązku wiedzieć, więc dodam kontekst, bo kontekst jest wszystkim, dzieło sztuki istnieje tylko przez kontekst.
A kontekstem jest moja praca. I moje życie. Jestem szefem kuchni. Szefem kuchni mieszkającym właściwie w lesie. Nie kontaktuje się na co dzień z nikim poza ludźmi, dla których gotuję. Żyję tak od 5 lat.
Jeżeli chociaż trochę racji mają postmoderniści to każde działo jest dziełem otwartym, powstającym przy każdorazowej reinterpretacji przez odbiorcę. I możemy to samo działo postrzegać w bardzo różny sposób, w zależności od naszych „filtrów percepcyjnych” i naszego kontekstu.
Jakiś czas temu, oglądając film akcji, zatrzymałem akcję, pośrodku akcji, żeby przyjrzeć się restauracyjnej kuchni, przez którą przebiegał bohater.
W „Seasoned...” jedzenie, a właściwie gotowanie jest osią filmu. I możemy ten film zobaczyć jako jeszcze jedną dość banalną komedię romantyczną, w coraz modniejszym, mam wrażenie, stylu culinary story. I właściwie tylko dla tego „culinary” wartym obejrzenia.
Ale możemy też ten film zobaczyć zupełnie inaczej.
Bohaterka to znakomita szefowa kuchni i początkująca celebrytka. Po drodze do Nowego Yorku, gdzie ma zacząć prowadzić program telewizyjny ląduje na amerykańskim zadupiu i pomaga przygotować miejscowy Festiwal Kwiatów. I każdy, kto choć czasami wyjeżdża poza wielkie miasto zna takie imprezy, typu Dni Grzyba i Kaszanki. Tu gdzie mieszkam, są to coroczne obchody ziemniaczanych dożynek i Wybory Króla i Królowej Kartofla.
I jeżeli pójdziemy tropem festiwalu i związanej z nim tradycji, to możemy w tym filmie zobaczyć nostalgiczną opowieść, elegię dla lokalnych społeczności, niszczonych brutalnie przez neoliberalny kapitalizm (tu reprezentowany przez wielkie media). Właściwie to wręcz pochwała czasów sprzed rewolucji przemysłowej i obyczajowej. Czasów kiedy więzy rodzinne i społeczne były silne, ale nie było internetu, facebooka, filmów o gotowaniu na jutubie, ani multicoockerów, blenderów elektrycznych i automatów do wypieku chleba. Bynajmniej byście nie chcieli tak żyć.
To były czasy, kiedy każdy znał swoją rolę w hierarchicznym, patriarchalnym społeczeństwie. Czasy gdzie 90% społeczeństwa było poddanych brutalnej opresji biedy i nierówności społecznych. Za łagodnym uśmiechem amerykańskich przedmieść kryje się wykrzywiona z bólu twarz czarnego niewolnika. Za biblioteczka pełną mądrych książek polskiego inteligenta kryje się rozpacz, głód i nędza polskiego chłopa
Idealna społeczność New Holland, gdzie zawsze można liczyć na pomoc innych to niekoniecznie społeczność z hipisowskiej utopii dla narkomanów. To może być równie dobrze dystopijna wizja Orwella. Albo Margaret Atwood. Sam gdy byłem zbuntowanym nastoletnim punkiem uciekałem z podobnego miasteczka.
Ale możemy podejść trochę lżej i zobaczyć opowieść o znaczeniu lokalności. Bo podróż do lokalności odbywa główna bohaterka, która po licznych perypetiach przyrządza potrawy na festiwal wyłącznie z lokalnych produktów. Co charakterystyczne-część z nich to produkty odrzucone przez supermarkety.
Ale gdy tutaj zajrzymy pod powierzchnię, to podróż do lokalności, do Idealnej Społeczności New Holland okazuje się podróżą mityczną. Jedzenie jest w tej podróży ważne, bo dostępność pysznego (comford foodowego) jedzenia jest jednym z podstawowych elementów rajskiej krainy w mitologii ludowej, Cocagne, Krainy Pieczonych Gołąbków. Mitologia złotego wieku i czasów przed upadkiem
Rajska kraina, świat doskonały, utopia umieszczona czy to w kosmosie, czy to w przeszłości, czy na odległej wyspie, czy w innym wymiarze jest jednym z najpopularniejszych mitów w historii człowieka, również w pop kulturze.
Eden, Szambhala, Kraina Pieczonych Gołąbków, Idealna Społeczność New Holland opowiadają te sama historię. Opowieść o idealnym kosmosie przed Upadkiem.
Możemy oglądać ten film (jak i wszystkie inne) w meta sposób, jako splot wielu różnych odniesień, sposobów interpretacji. Bo jak się postaramy to znajdziemy tu i „girl power” i kołczingową ideologię wiecznego zapierdolu i stereotypowy obraz kobiety, która odnosi sukcesy, ale jest nieszczęśliwa (nawet jeśli o tym nie wie) dopóki nie zostanie kurą domową.
Albo popatrzeć na parę głównych bohaterów, protagonistów jak na personifikację podstawowego, zdaniem wielu komentatorów, podziału politycznego naszych czasów. podziału, jaki zastępuje obecnie podział na prawicę i lewicę, na wspólnotowość i indywidualizm.
Zapewne gdyby film powstał dzisiaj (jest z 2021 roku) mieszkańcy New Holland byliby psychopatycznymi wyborcami Trumpa, z bronią chodzącymi nawet do sracza, a jeden po po pijaku pomylił papier toaletowy ze spluwą i sobie coś odstrzelił... taki subtelny humor polityczny.
Jest to też kawałek opowieści o pracy w kuchni, kawałek prawdy o kuchni. I ten kawałek dla mnie jest najważniejszy i najbardziej mnie w tym filmie dotyka. O tym jak sie wszystko pieprzy i wali, i jak trzeba wtedy improwizować i czarować, żeby wszystko wyszło i goście byli zadowoleni.
Obejrzałem ten film tuż przed pracowitym weekendem. Podczas którego gościłem 30 osób. I to co dla mnie jest najważniejsze w tym filmie, co jest najważniejszym kawałkiem prawdy o gastro i całej branży hospitality.
Co jest najważniejsze w tej robocie? Ludzie, którzy są szczęśliwi. Związek zawodowy pracowników gastro w Niemczech nazywa się NGG, Nahrung-Genuss-Gaststätten Restauracje-Przyjemnośc-Jedzenie.
Czy to fine dinning czy wioskowy festyn czy zakazane dzielnice Hamburga chefowie starają się dostarczyć największych przyjemności, smaku uniwersalnego niczym zapach doskonały u Suskinda.
I duma jak się uda. W mało której robocie można tak mocno i tak szybko, tak bezpośrednio poczuć satysfakcję z dobrze zrobionej roboty. I kopa od tego… trochę dla tego kopa się gotuje.
I z tej strony, zawodowej są w tym filmie dwie rzeczy straszne.
Pierwsza. Sam mam długie włosy i wiem jaki to problem. I biegająca po kuchni i gotująca z rozwianym włosem bohaterka doprowadza mnie do szału i wrzeszczę: włosy qrwa zepnij i pod czapkę…ja jebię.
I druga rzecz. Kluczowym wydarzeniem w filmie jest duża, największa w roku impreza. Ostatnie godziny przed imprezą, ostatnie godziny do podania lunchu, rozstawianie stołów, zastawa, szykowanie serwisu… i mam: co oni się tak qrwa wolno ruszają!!!???
W kuchni jest ciężko, jest brutalnie, jest praca w stresie i pod presją, gorąco i wilgoć jak w pieprzonych tropikach. połowa ma problem z alkoholem, a druga połowa z narkotykami. A wszyscy ze sobą. Nie ma nic lepszego.
Dlatego tak kocham takie filmy. Bo nie ma nic lepszego
Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych? Wesprzyj mojego bloga