

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Czy w pociągu do piekła podają wegański katering? A w samolocie? Zdrowy, zrównoważony, z naturalnych składników, strączków warzyw.
Linie lotnicze Emirates zapowiedziały, że od 2027 roku, o ile nie wybuchnie trzecia wojna światowa, będą serwować na pokładzie samolotów tego typu wegańskie posiłki.
Bez wątpienia zmniejszy to ślad węglowy o ułamek procenta tego, co spala samolot lecący tysiące kilometrów.
A trzeba przyznać, że jeśli jest to samolot Emirates, to catering, jaki serwują, wzbudza pewien szacunek. Prócz tego, że wszystkie posiłki, ponieważ jest to narodowy przewoźnik kraju islamskiego, są halal oferują na zamówienie posiłki zgodne z dowolnymi ograniczeniami dietetycznymi, religijnymi i alergiami pokarmowymi. Żeby temu sprostać to Emirates m.in. buduje największy na świcie obiekt do uprawy hydroponicznej mający dostarczać dziennie 4 tony zielonych warzyw liściastych!
I to jest ten problem. Efekt skali zarówno tego, jak wiele samolotów lata, jak i tego, ilu turystów odwiedza atrakcyjne miejsca.
Jak kiedyś dżuma, szarańcza czy najazd Wandali tak dziś samoloty przywożą desant turystów. Niekończący się, coraz bardziej wartki i obfity strumień. Strumień kłopotów.
Lubię, kiedy mam wolny dzień, żeby włóczyć się po najgorszych dzielnicach Hamburga. Takich, gdzie to qrwy dilerzy, złodzieje, ćpuny. Czuję się jak w domu.
I czasem na murze jest napis „tourists go home”.
Tego w domu nie było.
Hamburg to bardzo popularne miasto turystyczne. Kilkanaście milinów noclego-turystów do tego kilka milionów turystów jednodniowych (sam w sumie taki jestem, przyjeżdżając rano i wracając na wieczór do domu)
Gdy w Niemczech zaczynały się Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej, na Reeperbahn w Hamburskim St. Pauli policja postrzeliła agresywnego czterdziestoparolatka z kilofem i koktajlem Mołotowa.
Znając tę okolicę i wiedząc co tam wyprawiają turyści stwierdziłem: jakiś lokals się wqrwił
I byłem blisko.
Bo to był lokals, czterdziestoparoletni Niemiec, tyle że nie z Hamburga, a z pobliskiego Buchholzu, ważnego punktu przesiadkowego. Również dla kibiców z Holandii, której reprezentacja grała tego dnia mecz w Hamburgu z Polską
Musieli nieźle narozrabia,ć że facet wyruszył do Hamburga ich szukać. Chociaż znalezienie nie było trudne. Wiadomo, że przed meczem będą imprezować na St. Pauli.
Overturyzm.
Zmora popularnych destynacji.
W ostatnim roku do protestów mieszkańców przeciwko turystom doszło w Hiszpanii, Włoszech, Portugalii.
A przecież turystyka. To pieniądze, to rozwój gospodarczy! I koszta. Środowiskowe, społeczne, ekonomiczne.
Mieszkasz w takim miejscu, gdzie w sezonie jest turystów kilka razy więcej niż lokalsów (w polskim Helu zamieszkałym przez 2 tys. osób na początku XXI wieku w sezonie letnim było około 20 tys. turystów dziennie) i chcesz pójść do kiosku, sklepu, do knajpy, napić się piwa. Wszędzie jest pełno turystów, trzeba długo czekać.
Napływ turystów powoduje też wzrost cen. Ale nie zarobków większości lokalsów, tym bardziej że jak w każdej dziedzinie i w branżach turystycznych działa zasada akumulacji kapitału i coraz więcej jest miejsc sieciowych, inwestycji turystycznych dużych firm i korporacji. I pieniądze turystów z tych miejscowości są wysyłane do centrali firmy. Nierzadko w ogóle w innym kraju.
Co zostaje dla miejscowych? Gówno. I to dosłownie, ale o tym będzie dalej.
Zachodzi proces podobny do gentryfikacji w takich miastach jak Hamburg czy Warszawa (te widziałem na własne oczy). Obok rybackiej chaty wyrasta wielki luksusowy hotel, a plaża zostaje sprywatyzowana i jest dostępna tylko dla turystów z tego hotelu. Nie wkurwiłbyś się, jakbyś był lokalsem i by ci plażę zabrali?
A gentryfikacja to tez oczywiście; mieszkania! I tu się przyznam. Prawie zawsze, jeżeli gdzieś wyjeżdżam, korzystam z Airbnb, nawet nie chodzi o cenę. Wynajmuje z reguły całe mieszkanie czy cały jakiś tam apartament, że potrzebuje mieć, podniósł spędzonym na mieście wśród ludzi miejsce, gdzie będę się czuł całkowicie, jakby odizolowany i w hotelu na przykład tego nie mam.
I tu wam opowiem anegdotkę, która się wiąże. Z patologią Airbnb. W grudniu kilka lat temu byłem przez tydzień w Bremie, głównie na Jarmarku Bożonarodzeniowym.
I miałem dość dziwne zdarzenie pierwszego dnia. Rozpakowałem się, szykowałem do wyjścia w miasto. I ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Okazało się, że tu sąsiadka osoba mocno wiekowa, nawet z punktu widzenia takiego starca jak ja. Się pyta, czy ja tu teraz mieszkam tu i jak długo? I wyraźnie wqrwiona, że jakiś turysta znowu tu będzie balangi do świtu urządzał...
No, a ja większość dnia chodziłem po Bremen a wieczorem wracałem z Jarmarku (nie powiem, że obyło się bez grzanego wina) i szedłem spać. No, ewentualnie zjadłem kolację. Co musiało się tej sąsiadce spodobać i być miłym zaskoczeniem
Bo dwa dni później jak się widzieliśmy to z daleka mi machała z szerokim uśmiechem.
To jest właśnie ta patologia. Mieszkanie pod najem krótkoterminowy są często imprezowniami. Spotykanie co i rusz jakiegoś obcego typa najebanego na klatce nie jest czymś, co poprawiało by nastrój i samopoczucie mieszkańców.
No i oczywiście najem krótkoterminowy powoduje, że mieszkania dla lokalsów są coraz droższe.
I stopniowo, ale potem coraz szybciej tych, którzy mieszkali od zawsze w tej okolicy zaczyna być na to nie stać
Problemem jest też infrastruktura. Nawet tam, gdzie ona była przed laty obliczona na turystów. Bo dziś tych turystów jest o wiele więcej. Poprawia się standard życia, wielu krajach, więcej ludzi stać na takie loty samolotami i wakacje w atrkcyjnych lokalizacjach.
Jak we wspomnianym przeze mnie wcześniej Helu, w sezonie, kiedy liczba srających zwiększała się dziesięciokrotnie na głównej ulicy waliło gównem, bo kanalizacja była przepełniona.
Komunikacja miejska, kanalizacja, służby oczyszczania miasta są przeciążone. Duża liczba turystów produkuje ogromne ilości śmieci w tym oczywiście potłuczonego szkła z butelek po alkoholu.
W „Furiozie” jest scena gdzie jeden z głównych bohaterów, piłkarski chuligan spuszcza wpierdol turystom, którzy nie chcieli posprzątać po swoim psie. I każdy, kto mieszka w turystycznej miejscowości jest w tym momencie z nim całym sercem
Bo często turyści to osoby, które zachowują się… dużo swobodniej, niżby się zachowały tam, gdzie ich wszyscy znają. Wakacje i wyjazdy to czas i miejsce, gdzie wielu osobom co najmniej rozluźniają się hamulce.
I cała okolica staje się imprezownią dla przyjezdnych.
Imprezownia jest super jak tam wpadasz na imprezę, ale jest koszmarem jak masz mieszkać.
Nie da się tego problemu rozwiązać demokratycznie, sprawiedliwie i w warunkach wolnego rynku. Bo rynek co może to zaproponować antydemokratyczne rozwiazanie-wysokie ceny na atrakcyjne lokalizacje.
Coś takiego jak niemiecki Sylt gdzie bawią się banany, politycy i gwiazdy czy Trump Gaza. Tyle że na całym świecie, w każdej atrakcyjnej lokalizacji. Im jesteś biedniejszy tym zatrzymujesz się dalej od plaży i brzegu morza. Zresztą na plażę nie wejdziesz, bo jest tylko dla gości z drogiego hotelu. A morze możesz zobaczyć jak zapłacisz za wejście na wieżę widokową.
Ale za to w samolocie będzie wegański catering. Smacznego!