VeganBar W Bremen (Bremie)

Vishburger

Minęło już trochę czasu od mojej ostatniej wizyty w Bremen i w tamtejszym Veganbar, ale dopiero teraz mam czas, żeby kolejne notatki przepisywać na czysto więc czas na recenzję Veganbar. Najkrótszą jest to, że była to kolejna moja wizyta i że, jadąc do Bremen. jechałem w dużej mierze po to, żeby zjeść coś w VeganBar. I zapewne jeszcze nieraz tak zrobię. Dla mnie zdecydowanie numer jeden, jeśli chodzi o miejsce, gdzie jadłem w Niemczech. Numer dwa zresztą tez jest w Bremen. Ale o tym po następnym falafelu. bo numer dwa serwuje falafela. Ale jako, że jest tak dobrze. o czym więcej dalej to skupmy się na tym, co nie jest tak dobre, a nawet złe czy fatalne Minusy: lokalizacja Żeby dojść do Veganbar trzeba z centrum przejść koło parku miejskiego, pełnego bezdomnych i narkomanów. Nie żeby mi to przeszkadzało, nawet tam rodaków spotkałem, ale wiele osób coś takiego odstrasza, nazwa i wygląd. Wnętrze i nazwa przypomina wczesne lata 90te i pierwsze wegetariańskie bary w Polsce, z klimatem tanich jadłodajni i pseudo indyjską-krysznowską kuchnią. I moim zdaniem to jest dużym błędem, bo odstrasza nie wegańskich klientów. A z doświadczenia z pracy w różnych miejscach z kuchnią roślinną w Warszawie, wiem, że z takim roślinnym żarciem, jakie serwuje VeganBar można trafić i do miłośników mięsa. A teraz wracamy do pełcoś, czegowytu peanu Jest coś, czego mi w niemieckiej scenie wegańskiej (przynajmniej w moim rejonie Niemiec) bardzo brakuje-regionalności, kuchni lokalnej i „niemieckiej”. Dwa chyba lata temu byłem na Vegan Weinachtmarkt w Hamburgu, gdzie przeżyłem spore rozczarowanie jedzeniem. Porównując to z Warszawą: grudzień to czas ofert wigilijnych również w lokalach wegańskich które oferują wegańskie wersje tradycyjnych polskich dań wigilijnych. Tu max co znalazłem to curry wurst, nie rzucający na kolana. Ale żadnej kuchni z tradycyjnego Weinachtmarkt w wersji roślinnej. Tu jest ciekawa kwestia, na ile można w ogóle mówić o kuchni niemieckiej i co nią jest. Bez wątpienia curry wurst. I jest to danie, które ma zaledwie 75 lat. No ewentualnie Kartofelsalat. Jako dodatek do smażonej kiełbasy. Może kiszona kapusta. Dzisiejsze landy niemieckie są spadkobiercami mających nawet 1000 lat tradycji państw niemieckich, rozwijających się odrębnie, ulegających innym wpływom kulinarnym. Charakterystyczne, że jedyne ogórki jakie mogę dostać na niemieckim zadupiu w Dolnej Saksonii to ogórki szprewaldzkie, ze Spreewaldu przy granicy z Polską gdzie ogórek kiszony mógłby stać się godłem narodowym. Już Goethe zapytywał “Niemcy? a gdzie to jest?…” odnosząc to do polityki swoich czasów, ale równie dobrze możemy podnieść to pytanie do kuchni niemieckiej. Na pewno istotny jest w tej kwestii podział północ-południe (zawsze mnie, swoją drogą rozwala jak widzę w Hamburgu pociągi ze Szlezwiku-Holztyna ze sloganem o „prawdziwej północy”). Północne Niemcy to Hanza, to morze. Północni Niemcy są w dużym stopniu ludem morza, którego jednym z podstawowych, dostępnych produktów są ryby. I w Veganbarze dostałem coś, co jest niemal symbolem kuchni północnoniemieckiej, czyli Fishbrotchen a właściwie Vishbrotchen czyli roślinną wersję tradycyjnej północnoniemieckiej bułki z rybą. I jako fascynat który marynuje różne rzeczy i na różne sposoby powiem, że chyba najlepsza marynowana cebula jaką jadłem. I coś nowego i źródło inspiracji dla mnie, czyli to, czego szukam, kiedy idę gdzieś na obiad. Już zrobiłem kilka wersji mojej bułki z bezrybą z tofu i sojowiną, w gorącej bułce oczywiście. Co mamy w menu. Jakkucharz, z którym kucharz z którym pracowałem: co dziś ugotowałeś? A same, kurwa, pyszności. Nie wiem, czy same pyszności nie spróbowałem jeszcze wszystkiego z menu, ale tych kilka pozycji, które jadłem absolutnie do mnie trafiło. Wszystko, co jadłem było takie, że wiedziałem, że wrócę na kolejne. Bardzo podoba mi się koncept i rodzaj kuchni, jaką Veganbar proponuje. Jakiś czas temu stało się coś, co nie myślałem, że kiedykolwiek nastąpi. Zacząłem mieć dość kuchni, szeroko rozumianej, azjatyckiej. Sam też gotuję mniej takich dań niż kiedyś. Na obiad, czy to do Hamburga, czy Bremen czy jeszcze gdzie indziej jadę (niech będzie wieczna chwała Scholzowi za Deutchlandticket!) z reguły po zakończeniu imprezy u mnie, kiedy przez kilka do kilkunastu dni gotuję dla gości i szukam w obiedzie, który jest dla mnie relaksem i trochę pracą jednocześnie, nowych dla mnie smaków, nowych doświadczeń. To też jest ważne w mojej pracy, żeby się konfrontować z nowymi smakami, z innymi stylami gotowania, czerpać inspirację od innych chefów I za każdą kolejną wizytą w Hamburgu, kiedy odpalałem HappyCow, żeby znaleźć kolejne, nowe miejsce, gdzie mogę zjeść obiad to okazywało się, że jest to kuchnia azjatycka. Pierwsze, drugie, trzecie, doświadczenie były znakomite, ale od pewnego momentu miałem takie “znowu azjatycka, nie ma czegoś innego? Tak notabene trafiłem na znakomitą kuchnię syryjską w Gangeviertel w Hamburgu, tam też zamierzam wrócić i napisać o tym parę słów. Jak bym określił kuchnię Veganbar? Europejski fast casual. Coś, co, moim zdaniem można nazwać nową street foodową (głównie), kuchnią europejską. Falafel, kebab, burger czy pizza to dania, które w różnych europejskich krajach ewoluują w dużym stopniu niezależnie od siebie. Czym innym jest polski (jest przecież nawet kebabownia, nosząca dumną nazwę „Prawdziwy kebab u prawdziwego polaka”, którą podczas inauguracji odwiedził jeden z ówczesnych przywódców ruchu narodowego w Polsce) a czym innym niemiecki doner. Dania są dostosowywane do lokalnych konsumentów i produktów. I nie jest tak, że jest jeden wzór, niczym metra w Sevre, według jakiego danie należy gotować. Kuchnia jest żywą tradycją, a nie muzeum a gotowanie jest sztuką zmiany. Co takiego dostaniemy w Veganbar? Właśnie to. Przede wszystkim street food. Burgery w kilku wersjach. I, co dla mnie jest ogromnie na plus, nie są to żadne Beyond Burger tylko (przepraszam za wyrażenie) rzemieślnicze własnego pomysłu i produkcji. Jest też (jak zapewniają pierwszy w Bremen) wegański kebab. Zdecydowane polecam. Oczywiście, nie może być inaczej, jest też Currywurst i Bratwurst czyli kiełbasa w sosie curry i smażona kiełbasa. No zdecydowanie Niemczy nie są mistrzami wyrafinowanej kuchni. Swoją drogą brakuje mi jarmużu w tym menu. Podstawowego niemal dania na tutejszych Weinachtmarkt, gotowanego duszonego jarmużu, który obok grzańca w 30 odmianach jest podstawa menu na tutejszych Weinachtsmarkt. Oczywiście z mięsem. Ale wersję wegańską wciągnąłbym jak dobry... wiecie co się wciąga. Jest też falafel. I tu się trochę boję, że mogę sobie zepsuć dobre wrażenia. Nie ma obowiązku wiedzieć, więc wyjaśniam, że w Warszawie pracowałem w Falafel Beirut, gdzie odpowiadałem za humus, ciasto na falafel i sos sezamowy do falafela. Nie ma obowiązku wiedzieć, więc wyjaśniam, że był to lokal prowadzony przez Libańczyka ze stuletnią rodzinną tradycją, powszechnie uznany za najlepszy w Polsce. Jest też część menu, do której się dopiero przymierzam, jak zjem kilka pozycji to pewnie napiszę jeszcze kilka słów, czyli dania główne. Sznycle sojowe, curry z buraka (ciekawy pomysł, musi mieć genialny kolor) czy danie, na które mam największą ochotę. zgodnie z zasadą ze nikt nie lubi robić, ale każdy lubi jeść, czyli gnocchi. Podane w sposób, który jeszcze rozbudza mój apetyt, bo z pesto z pestek dyni, jest też Vish and Chips, czyli bezryba z frytkami, czyli znowu ukłon w stronę lokalności. Menu może się wydawać na pierwszy rzut oka chaotyczne, od Sasa do Lasa, jeżeli ktoś stawia na jednorodność, jednotematyczność w menu. Tak mamy pierogarnie, pizzerie, lokale z sushi czy kuchnią libańską, rosyjską, tajską. I to jak najbardziej ma sens. Gotować to co się najlepiej zna, bo nikt nie jest specem od wszystkiego, gotować to, co się samemu „czuje”. Ale tym, co się czuje może być drugie podejście do menu, mi osobiście bliższe i pewnie jest to tez powód do moich zachwytów nad VeganBar. Podejście, w którym stawiamy na różnorodność w menu, ale w sposób w jakim jest zawsze jakiś wyraźny zamysł. VeganBar to streetfood i lunche, w stylu „nowej kuchni europejskiej” Jest to wyzwaniem, żeby różnorodne menu było spójne i wzbudzające zaufanie i przede wszystkim... smaczne. I wychodzi to VeganBar całkiem nieźle. Ekipa też bardzo spoko, fajnie się rozmawia. I to jest bardzo ważne, że jak idę do knajpy to gość za barem jest wkręcony w tematy kuchni, gotowania i jedzenia. Jeszcze parę różnych drobiazgów od strony marketingu czy aktywnej sprzedaży by można skrytykować, ale. Najważniejsze, czyli świetne żarcie jest całą resztę można dopracować i warto, bo są ciężkie czasy dla gastronomii, a takiego miejsca byłoby szkoda. Jak trafić Wychodzicie z Dworca Gównego nastronę parku miejskiego, vis a vis hali ÖVB-Arena, idziecie w lewo Theodor-Heuss-Allee, ktora przechodzi w Admiralstraße. Veganbar jest pod adresem Admiralstraße 97, po prawej stronie, Około 15 minut od worca

Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych? Wesprzyj mojego bloga

Moje media społecznościowe

Share