

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.
Niech mię to ktoś wytłumaczy bo ja prosty garkotłuk jestem i przerastają mię te strategie biznesowe. polskich geniuszy przedsiębiorczości.
Pisałem o tym, że byłem ostatnio, przez chwilę praktycznie, jeden tydzień w Polsce. Większość z tego czasu zajmowały mi sprawy urzędowo-spadkowe i pośród innych kwestii było zlikwidowanie mieszkania po rodzicach. Co jak się okazuje nie jest proste ani tanie. Ale o dziwo i to, i inne sprawy poszły nam szybko i sprawnie, lepiej niżbyśmy się spodziewali.
No rzecz oczywista, były w tym mieszkaniu różne sprzęty po rodzicach, i oczywiście mnie najbardziej zainteresowały sprzęty kuchenne. A pośród nich Power AirFry czyli tzw. frytownica na gorące powietrze a tak naprawdę przenośny mini-piekarnik. Rzecz bardzo przydatna dla kogoś, kto jak ja obecnie, przez większość czasu, przygotowuje jedzenie dla jednej osoby, albo potrzebuje robić niewielki ilości, na zasadzie testowania nowych przepisów. Zwłaszcza jak ma się w kuchni tylko duży, gastronomiczny piekarnik.
No ale w szale sprzątania i załatwiania wyrzuciliśmy część akcesoriów do tego piekarnika.
W dzisiejszej gospodarce nadmiaru wydaje się nic prostszego niż dokupić te akcesoria. Ale tu działa “paradoksalne prawo wolnego rynku” czyli wszystkiego jest w opór. Ale jak potrzebujesz coś bardzo konkretnego.. to tego qffa akurat nie ma! Nigdzie!
Zaczęły schody. I to bardzo strome.
Otóż AirFryer matka moja zakupiła była przez telezakupy (muszę synowi powiedzieć, ze jak kiedyś będę spędzał czas na oglądaniu telezakupów to ma mnie dobić) i jest on produkcji hamerykańskiej. I części można zamówić a jakże, przez internet. A jakże z firmowej strony. Z dostawą, a jakże, tylko na terenie USA.
Próby kontaktu z tą hamerykańską firmą (ojczyzna wolnego rynku, wicie, takie tam) generalnie polegały na tym, że mój mail, jedna osoba przekazywała drugiej, ta mnie odsyłała do trzeciej, trzecia na stronę internetową i tak cytując klasyka “do zajebania” i generalnie to oni nie sprzedają osobno akcesoriów.
Trochę słabo, sprzedawać klientowi produkt do którego nie może dokupić akcesoriów. Niby te dodatki do AF raczej się nie popsują ale może je ktoś np. zgubić przy przeprowadzce. A jak sie człowiek postara, to wszystko da radę popsuć. Mówię, bo wiem. Z doświadczenia. A taki szpikulec czy rożen, można na przykład z nerwów pozostawić na miejscu zabójstwa… i co wtedy?
No ale to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Duża firma, a kolejne paradoksalne prawo wolnego rynku mówi, że im większa firma tym bardziej ma w..ane na klientów. Takie, panie tego, “Majakowski w biznesie”. “Klient–zerem, klient–bzdurą, sam – nie ruszy pięciocalowej kłody, choćby i wielką była figurą”. Dlaczego tak jest, to już nie na mój garkotłukowy rozum, chociaż mam na ten temat kilka moich przemyśleń i doświadczeń, jak poprosicie to się podzielę ;), bo jak wiadomo każdy polak jest wybitnym specjalista od wszystkiego.
I ogólnie jest też taka tendencja, żeby jak najbardziej utrudniać naprawę czy wymianę uszkodzonej części. Zwróćcie uwagę-praktycznie wszystkie obecnie smarthpony maja zintegrowaną baterię a wiele różnych urządzeń robi się tak, żeby ich rozebranie i wymiana uszkodzonej części było niemożliwe. Począwszy od takich drobiazgów jak słuchawki. Bo ja jestem tak stary, że pamiętam jeszcze czasy, kiedy w słuchawkach, najczęściej psująca się część czyli wtyczkę można było samodzielnie wymienić na nową lub naprawić. Wystarczyła lutownica. Tak działa wolny rynek-jedynym celem i zasadą jest ciągłe napędzanie i podkręcanie konsumpcji i wyników sprzedaży. Jak coś naprawisz, wymienisz zużytą czy uszkodzoną część to przynosi to dziesięć razy mniejszy zysk niż jeżeli musisz wymienić sprzęt na nowy.
No ale nie zmienia to tego, ze cały czas pozostaje zadane wyżej pytanie: “i co wtedy?”
Wtedy przecież pozostaje internet i wyszukiwarka google.
Optymistycznie założyłem, że wszystko jest na odległość dwóch stron w google i już po kilku dniach byłem w takich rejonach internetu o których nie wiedziałem, że istnieją. Nie, nie mam na myśli darknetu. O darknecie wiedziałem…
Ale za to Ziemkiewicza mógłbym teraz uczyć zaawansowanego researchu i zrobić szkolenie “Wyszukiwanie w google. Kurs zaawansowany: co jest na 93 stronie wyników” (a bywają cuda i dziwy).
Ale jak naucza nas przykład wielkiego praktykującego (jogina) Asangi wytrwałość i upór są drogą do sukcesu (qffa..zabrzmiałem chyba jak kołczingowy Paulo Koelo), zwłaszcza gdy towarzyszy im czysta motywacja. Nie wiem czy uzależnienie od nowych smaków jest czystą motywacją ale chęć dawania dobrego jedzenia ludziom chyba tak. I mię tkło, i postanowiłem kolejny raz sprawdzić na Allegro.
I…w dziwnie niskiej cenie znalazłem, dokładnie taki jak mój AirFryer, z wszystkimi możliwymi akcesoriami taniej niż gdybym te akcesoria kupował osobno. Zagadkę ceny wyjaśniała informacja od sprzedawcy “piekarnik jest zepsuty, nie grzeje, nie wiem czy to jest jakiś drobiazg do naprawienia czy urządzenie jest do wyrzucenia, dlatego taka cena” No i super.. Prosta sprawa, zapłacę podaną cenę, za same, potrzebne mi akcesoria.
Proste?
Otóż nie!
Sprzedawcę (firma, żeby było jasne) przerosło i to żeby wysłać same akcesoria, i wysyłka do Niemiec
To jest coś co przerasta najwyraźniej większość polskich orłów biznesu (bo to nie pierwszy raz taka sytuacja)-czyli wysłanie paczki do Niemiec. Do Niemiec! QRWA! Nie na księżyc, do Ankh-Morpork ani na stację kosmiczną Atlantyda w galaktyce Pegaza, ale do kraju z którym Polska graniczy!
Do kraju za miedzą, do którego jak jedziesz to nawet granicy nie zauważasz i w którym 3/4 sklepów internetowych ma opcje wysyłki za granicę. Ba! kupowałem ze sklepów internetowych we Włoszech, w Anglii, a nawet ze Stanów. Da się! Niesamowite!
A z Polski się qrwa nie da! Bo wiecie, to jest nie do przejścia, żeby pójść na pocztę i nadać przesyłkę do innego kraju Unii Europejskiej albo przez agregator usług kurierskich zamówić kuriera. Przecież to wymaga niesamowitych kompetencji. Trzeba wejść do internetu i na stronę firmy agregującej usługi kurierskie, podać wymiary i wagę . A.. no i wydrukować list przewozowy. Przecież to drukarkę trzeba mieć. Do polskich firm taki wynalazek jak drukarka najwyraźniej nie dotarł.
Aczkolwiek, łaskawca!, zgodził się, żebym sam sobie zamówił kuriera który od niego zabierze… całość.
Ale to nie koniec tych pyszności. Na kolejny mail, że ok zamówię sobie kuriera ale niech zapakuje same akcesoria stwierdził, że wysyła mi na polski adres jaki mam w Allegro…. całość! Moja siostra ze szwagrem, kiedy przesyłka do nich dotarła, zadali sobie poważne pytanie “czy jego juz całkiem pop…ło? na ciul mu drugi taki piekarnik?”
No i tu jest właśnie ta tajemna i zapewne niezwykle skuteczna strategia biznesowa, która przerasta takiego prostego garkotłuka jak ja. Cóż to zaawansowana technika pozyskiwania klientów? Nie wyśle do Niemiec. I już! Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi! A teraz drogie dzieci… pocałujcie misia w dupę. I tylko moja głupota powoduje, że że doceniam wyrafinowania tych orłów byznesu i ich troski o klienta.
Wiele lat temu byłem na wykładzie o różnicach w kulturach biznesowych/organizacyjnych różnych krajów. I dzisiaj chyba już rozumiem co czuli niemieccy menadżerowie, o których opowiadał preleng, widząc polski bałagan. Tak chyba należy nazwać polską kulturę biznesową. Że folwarczną to jasno wyłożył prof. Leder ale tez pie..ik, tumiwisizm, jakośtobędzizm i nie-wyślemy-pańskiego-zamówienia-i-co-pan-nam-zrobi.
Mam tez wrażenie, zresztą jest to wrażenie wielu osób z którymi rozmawiałem, a które spędziły sporo czasu za granicą, ze polska mentalność jest… nazwijmy to specyficzna. Jak byłem w Hamburgu to pamiętam bardzo znamienna sytuację. W Niemczech alkohol, włącznie z wódką jest sprzedawany prawie wszędzie. Również z niemieckich kioskach z prasą itp. I któregoś wieczora wszedłem do takiego kiosku po coś co wprowadzi element baśniowy. A, jeszcze jedno. W Niemczech picie alkoholu na ulicy jest dozwolone. I przed tym kioskiem był stoliczek i krzesełka, gdzie biesiadowali lokalsi. A to tak bardziej było w stronę St. Pauli niż dzielnicy biznesowej. Jeden z miejscowych zresztą też akurat zakupywał “element baśniowy”. I tak sie trochę spiąłem. Podpici lokalsi w stylu “spotkasz chłopa, gęba sina,, oj nie wraca ci on z kina” i gość po którym od razu widać, że obcy i zagraniczny element… no i faktycznie zaczepili mnie kiedy wychodziłem. Żeby życzyć udanego wieczoru.
Ten, nie do końca poważny, wpis nie jest miejscem na analizowanie czegoś takiego jak mentalność czy charakter narodowy (jeżeli założymy, ze coś takiego istnieje) ale polskie społeczeństwo jest, o wiele bardziej niż w Europie Zachodniej, społeczeństwem wyalienowanych i zantagonizowanych jednostek. tak jakby ładowana Polakom szuflami do głowy kołczingowa ideologia wiecznego zapierdolu, wyścigu szczurów i indywidualnego egoizmu zdeprawowała nas tak, ze z wielką chęcią zrobimy bezinteresownie coś co komuś zaszkodzi a najlepiej poniży. Tak żebym się poczuł lepszy, wyżej nawet na chwilę, w hierarchii.
Podoba Ci się ten wpis? Chciałbyś więcej tego typu materiałów?
Wesprzyj to co robię i ciesz się bonusami dla patronów bloga