Jeden prosty trik, by uzdrowić służbę zdrowia

Straszliwe cklickbajtowy tytuł i jak bywa z takimi tytułami, nie mam żadnego dowodu na poparcie mojej tezy. Mam moje doświadczenie z branży Żywności i pracy, której częścią jest decydowanie o zakupach spożywczych i to jak, zawodowo kupując produkty spożywcze, podejmuję decyzje zakupowe.
Jest to bardzo anegdotyczne. I jest to bardziej propozycja do dyskusji, propozycja jednego z wielu działań strukturalnych i systemowych jakie są potrzebne w łańcuchu od pola do stołu niż antidotum na wszelkie, nomen-omen, bolączki społeczne.
Powszechnie już w całej Europie, produkty spożywcze oznaczane są skalami wartości odżywczych, takimi jak na przykład Nutri-Score. I skalę te. Nie działają. Co widać po wskaźnikach nadwagi otyłości i chorób dieto zależnych. I zresztą są też podważane i krytykowane.
W praktyce Nutri Score i podobne skale są zbyt skomplikowane. Są próbą wyrażenia w prostym liniowym wykresie, algorytmie skomplikowanej zależności wartości odżywczych i zależności między mikro i składnikami.

W kuchni i żywieniu, jak wszędzie obowiązuje zasada KISS: Keep It Simple Stupid. Niech skala odzwierciedla jeden tylko czynnik, oczywisty i łatwy do zmierzenia i do zrozumienia.

Jak np. gęstość odżywcza, a jeszcze lepiej, jeszcze prostsza, czyli gęstość energetyczna. Bardziej po ludzku: kalorii na sto gramów. Jest oczywiste, że takie produkty jak tłuszcze czy cukry w większej ilości występują w produktach o dużej kaloryczności, więc będzie to sprzyjać ograniczeniu tłuszczy i cukrów. A sama kaloryczność to kwestia nadwagi, otyłości, chorób krążenia, cukrzycy i tysiąca innych chorób dieto zależnych, które są coraz powszechniejsze. Podobnie, jeśli mówimy o stanie mikrobioty jelitowej. Żywność mniej kaloryczna, to żywność generalnie lepsza dla mikrobiomu, a to się przekłada nawet na takie choroby jak depresja.

Potrzebny jest też maksymalnie prosty wybór. Jak mamy zbyt wiele opcji głupiejemy. Trzy opcje: dobrze, neutralnie, złe. Jak światła uliczne: zielony, żółty i czerwony, bardzo prosty i oczywisty przekaz.

Do 150 kcal/100g zielone, do 350 żółte, powyżej czerwone. Z jasnym określeniem, jak duży, widoczny ma być komunikat na opakowaniu. I surowymi sankcjami za łamanie tych zasad do usunięcia marki z rynku włącznie. Wiem, że to zamordyzm.
To komunistyczne ograniczenia praw korporacji i małych firm do czerpania zysków z powodowania epidemii otyłości i chorób dieto zależnych.
To poszerzenie praw konsumentów do wolnego wyboru. Wolny rynek jest możliwy tylko między równymi. Mający lepszą informację na temat produktu klient dokonuje bardziej świadomego, więc tym samym wolnego wyboru.

Współczesny sklep, supermarket, hipermarket, centrum handlowe to nie jest środowisko sprzyjające dokonywaniu, przez mitycznego „homo economicus” racjonalnych decyzji, Wręcz przeciwnie to środowisko tak zaprojektowane i skonstruowanie by klient jak podejmował emocjonalne decyzje o zakupie mnóstwa niepotrzebnego szajsu. To środowisko ogromnej nierównowagi między biznesem np. spożywczym a obywatelem. Rola regulacjo powinno być przywracanie równowagi poprzez np. ułatwianie konsumentom dokonywania racjonalnych wyborów, na podstawie wiarygodnej informacji.

Oczywiście, pytanie w jak dużym stopniu wpłynie to na decyzje konsumenckie. I jak na branżę spożywczą, czy np. firmy zaczną obniżać kaloryczność produktów? Co też byłoby pożądanym rezultatem.
Moja teza jest taka, że będzie to znaczący statystycznie i społecznie wpływ na decyzje zakupowe co spowoduje znaczący statystycznie i społecznie spadek nadwagi i otyłości, a co za tym idzie cukrzycy, chorób serca, układu krążenia i dziesiątek innych chorób dietozależnych, a to oznacza mniejsze obciążenie służby zdrowia, mniejsze kolejki do specjalistów publicznej służbie zdrowia, mniejsze wydatki na leki dla każdego z nas, zwłaszcza na starość, mniejsze obciążenie gospodarki dniami chorobowymi.

Najnowszym działem medycyny, ukształtowanym w latach 90. tych XX wieku jest medycyna stylu życia, skupiająca się na zmianie nawyków i codziennych zachowań, również, ale mnie tylko, żywieniowych. na kwestiach związanych z żywieniem skupia się medycyna kulinarna. Nie będę się rozwodzić, że do tej dyscypliny potrzebna jest współpraca lekarzy z szefami kuchni. Co zresztą zmotywowało mnie do wstąpienia do Polskiego Stowarzyszenia Medycyny Stylu życia.
Ale medycyna kulinarna nie zmieni warunków systemowych, nie powstrzyma marketingowego prania mózgów ani nie zlikwiduje „pustyń żywieniowych”, ani nierówności
A takie materialistyczne, systemowe czynniki warunkują nasz styl życia. Dostępność warzyw i owoców, warunki materialne, miejsce w hierarchii społeczne, warunki pracy. Tak jak medycyna stylu życia zajmuje się indywidualnymi zachowaniami, potrzebna jest medycyna społeczna, określająca systemowe warunki sprzyjające zdrowego życiu i dobrostanowi.
Z takimi zleceniami jak odpowiednie etykiety, ale też jak zmniejszanie nierówności i wysokie zabezpieczenia socjalne. Pytanie, czy w warunkach neoliberalizmu takie zalecenia mają szansę na realizację, wobec oczywistego oporu biznesu. Mówiąc ściślej oporowi najbogatszych, przeciwko jakiemukolwiek uszczuplaniu ich zysków i władzy. Zdrowie, tak jak wszystko w społeczeństwie klasowym jest kwestią walki klas

Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych? Wesprzyj mojego bloga

Moje media społecznościowe

Kategoria:

Share