Milionowe fałszerstwo żywności

Fałszowanie żywności ma długą tradycję, podobnie jak walka z nim. Jak krótkie łańcuchy dostaw chronią przed fałszowaniem żywności i dlaczego kluczowa postacią tego jest Joe Hill a rolnictwo Wspierane przez Społeczność nie ma prawa działać.

Fałszerstwo jest hołdem składanym prawdzie. Fałszywki są hołdem wobec oryginału. Tym razem stworzonego przez naturę

Policja hiszpańska rozbiła w połowie września, w  Motril  w Granadzie w Hiszpanii  grupę która sprzedawała na rynkach europejskich konwencjonalne owoce i warzywa, jako wyprodukowane metodami ekologicznymi, po wyższej cenie.
W sumie zatrzymano cztery osoby, w tym właściciela firmy, a wobec 16 toczy się postępowanie karne w związku z przestępstwami oszustwa, fałszowania dokumentów, fałszowania zaświadczeń, posługiwania się fałszywymi zaświadczeniami wobec Skarbu Państwa oraz przynależności do grupy przestępczej.
Członkowie grupy sprzedali w ciągu ostatnich 6 miesięcy około 2 mln (sic!) ton warzyw owoców z fałszywymi certyfikatami ekologicznymi.
Firma dostarczała owoce i warzywa zebrane z działek, które nie były ujęte w rejestrach Systemu Informacji o Produkcji Ekologicznej w Andaluzji (SIPEA), później owoce i warzywa opuszczały  magazyny w Motril  ze sfałszowaną dokumentacją. Policja ustaliła również, że z firmą z Motril współpracowały laboratoria i firmy certyfikujące produktu ekologiczne.
Fałszowanie żywności nie jest niczym nowym. W XVIII wieku tak powszechne było zafałszowywanie chleba, do którego dodawano w celu zwiększenia wagi kredę czy zmielone kości, że spowodowało to powołanie specjalnej komisji parlamentu i uchwalenie w 1757 „Making of Bread Act” ustawy o wypieku chleba. Pierwszego nowoczesnego aktu prawnego przeciwko fałszowaniu żywności.
Pierwsza zasada kapitalizmu głosi, że jeżeli na czymś można zarobić, to ktoś na tym będzie zarabiał. I to jest właściwie jedyna przyczyna fałszowania żywności.
Od lat fałszowana jest oliwa, od lat fałszowane jest, jest wino.
I podobnie jak w przypadku hiszpańskiej firmy regułą jest fałszowanie produktów bardziej tradycyjnych, rzemieślniczych, z małych ekologicznych gospodarstw, a nie wielkich farm przemysłowych.
Produkty ekologiczne, rzemieślnicze tradycyjnie są zawsze droższe od produkowanych masowo, metodami uprawy przemysłowej z ogromną ilością środków ochrony roślin. I konsumenci są gotowi tę cenę płacić.
I zawsze w takich sytuacjach pojawia się ktoś, kto chce na tej cenie zarobić. I jak tylko możliwości zarobku są dostatecznie duże, w interes wkracza zorganizowana przestępczość. Od lat organizacje przestępcze są zaangażowane w handel avocado, fałszowanie oliwy… Nie ma powodu, żeby w przypadku upraw eko było inaczej.
Ale czy to takie bardzo eko? Warzywa z Hiszpanii rozwożone 1000-2000 km, po całej Europie są naprawdę takie bardzo eko?
Eko, w sensie indywidualnym i egoistycznym, ale nie społecznym.
Eko, bo ekologicznie uprawiane. Eko dla konsumenta, indywidualnie i egoistycznie. Ale nie dla społeczeństwa, które ponosi koszty ekologiczne transportu tych warzyw z Hiszpanii. na przykład do Polski.
I to jest tu istotne, że nie do Niemiec, bo w Niemczech, dzięki fascynującej tradycji Lebensreform są krajem, gdzie jest mnóstwo lokalnych upraw ekologicznych mających wiele dziesięcioleci, a nawet ponad stuletnią tradycję. Uprawy ekologiczne zajmują w Niemczech 14% powierzchni rolnej, podczas gdy w Polsce to 3% a w USA niecały 1%. I nawet większe organizacje, firmy produkujące taką żywność sprzedają ją bardzo często lokalnie, na będących też niemiecką tradycją Wochenmarkt, czyli cotygodniowych targach.  Tutaj też żywność jest często sprzedawana od rolnika lokalnie do sklepu. I często jest tak, ż0e np. ziemniaki mają adres gospodarstwa, z którego pochodzą i jest to 6 km (sprawdzałem) od sklepu.
Taki model dystrybucji nie wyeliminuje fałszerstw, ale je mocno ogranicza. Nie ma ma w tym modelu dystrybutora, który by wrzucił 1000 t fałszywek z fałszowanymi certyfikatami.
To dodatkowa korzyść, prócz korzyści ekologicznych (mniej spalania energii w transporcie) i na jakości (produkty są świeższe) z lokalności i krótkiego łańcucha dostaw.
Oczywiście pozostaje cały czas ryzyk oszustwa ze strony rolnika, sklepu czy dystrybutora, ale nie ma ryzyka potężnej firmy handlującej tysiącami ton zafałszowanej żywności, a psychologicznie, kiedy dystans od rolnika, producenta do nabywcy jest mały, jet bezpośredni kontakt to o wiele trudniej jest oszukiwać, niż gdy są dla siebie nawzajem anonimowi i oddaleni o setki kilometrów. Nie tylko dlatego, że wqrwiony szef kuchni przyjedzie dać w mordę.
Ale oczywiście wizja, w której rolnik jeździ po targach i sklepach jest całkowicie bezsensowna i nierealistyczna. Rolnik ni jest sklepem spożywczym ani obwoźnym handlarzem. Rolnik jest... rolnikiem, należy do niego uprawa i hodowla. Społeczeństwo opiera się na podziale pracy. Dzieje człowieka, dzieje ludzkiej cywilizacje to historia podziału pracy. Dzieje się tak choćby dlatego, że specjalizacja i segmentyzacja każdego procesu produkcji powoduje zwiększanie wydajności, co opisał już Adam Smith w „Bogactwie narodów”
Czyto technicznie nie jest to też proste zdanie. Oznacza dużo dodatkowej pracy, konieczność użycia samochodu do transportu warzyw (co podnosi koszty), żeby mogło się odbywać bez zakłóceń potrzeba co najmniej jeszcze jedna osoba do pracy.
Dla rolnika to też o wiele większe ryzyko. Bo wystarcza zmiana pogody, kiedy nagle zaczyna padać i na targ już prawie nikt nie przyjdzie. czyli dzień pracy za darmo.
Wszelkie idee w stylu RWS (Rolnictwo Wspieranego przez Społeczność) są ciekawymi i przynoszącymi wiele korzyści działaniami zastępczymi, robieniem sztukaterii na rozpadającej się ścianie, marginesową rozrywką hipsterów i klasy średniej. Ze swe natury nie są one  stanie przekroczyć niewielkiego kręgu osobowego i terytorialnego.
Bo to też jest ważna kwestia. Na takich terenach jak Dolna Saksonia w Niemczech, gdzie od kilku lat mieszkam, nie ma problemu, żeby rolnicy zjawiali się co tydzień na targu, a nawet jak w RWS mieszczuchy jeździły przeszkadzać na pola. Ale co na terenach miejsko-przemysłowych gdzie do najbliższego pola rolnego jest 100 km? Czy ludzie mieszkający w takich rejonach są skazani na uprawy przemysłowe i dużo większe ryzyko oszustwa?
Ważne jest oczywiście godna płaca dla rolnika. Ważne jest, żeby skrócenie łańcucha dostaw od pola do stołu. Ale nie ma potrzeby, żeby rolnik jeździł na targ i sprzedawał konsumentowi końcowemu. Traktował to jako coś więcej niż dodatkowy zarobek, a nie core swojego biznesu.
Taka działalność będzie zawsze marginesem, prowadzona przez małe, wyspecjalizowane gospodarstwa, często całkowicie tradycyjne. I oczywiście sprzedające te całkowicie tradycyjne produkty za całkowicie tradycyjne ceny. Bo taka produkcja i dystrybucja ZAWSZE będzie bardzo droga.
Za droga dla przeciętnego człowieka pracy, na pewno dla tej części społeczeństwa, która żyje pod medianą zarobków. A to ta część społeczeństwa, o którą trzeba się troszczyć, bo ci powyżej mediany z reguły sobie radzą i mogą, a bardzo wiele osób poniżej mediany wykonuje tak ważne dla społeczeństwa prace jak niższy personel medyczny, śmieciarze, kierowcy komunikacji publicznej i generalnie pracownicy usług publicznych. Na nich opiera się nasze społeczeństwo i jako społeczeństwo jesteśmy winni takim ludziom dostęp do zdrowej, taniej i nie fałszowanej żywności.
Ale nil desperandum!
Wspominałem wcześniej o ziemniakach z gospodarstwa położonego 6 km od sklepu na półce w supermarkecie. Jeżeli zastanawiacie się, co to za supermarket co sprzedaje lokalne produkty (kupuję tam też kawę-rewelacyjną!-z miejscowej palarni) to odpowiadam szczególny! I inny niż wszystkie.
Potężna grupa Edeka, piaty detalista żywności w Europie ze sprzedażą ponad 70 mld euro w 2023 roku, została założona w 1898 roku, kiedy 21 kupców z Berlina utworzyło spółdzielnię zakupową handlarzy towarami kolonialnymi, w Berlinie - w skrócie E. d. K. dwadzieścia trzy takie spółdzielnie połączyły się 21 października 1907 w Lipsku, tworząc Związek Niemieckich Spółdzielni Handlowych, który później przekształciła się w Edeka Zentrale Stiftung & Co. KG . 
Istotą tego modelu jest spółdzielnia sklepów. Coś zupełnie innego od typowej sieci handlowej, jak i od modelu franczyzowego,
Sklepy mają jedna, szeroko rozpoznawalną markę (często jest to Edeka Coś-tam, drugi człon to nazwa własna danego sklepu), o sile zakupowej dużej sieci handlowej, z własnymi zakładami produkcji spożywczej, kilkoma własnymi markami (prócz\ jedną z dwóch najtańszych niemieckich marek żywności eko/bio), obecną prócz Niemiec na rynkach spożywczych 6 krajów w Europie. A jednocześnie pozostają niezależnymi w dużym stopniu podmiotami które jak, znikające nieuchronnie, wypierane przez sieci, a niedługo również przez sklepy samoobsługowe, lokalne sklepy spożywcze, oferuje lokalne produkty.
Na ile takie rozwiązania są możliwe na obecnym opanowanym przez kilka sieci handlowych rynkach? Na ile jeszcze ma ktoś takie spółdzielnie tworzyć?
Przełom XIX i XX wieku w Niemczech był czasem, kiedy dopiero powstawały dzisiejsze potęgi na rynku FMCG i grupka kupców mogła zapoczątkować spółdzielnię, która rosła wraz z rynkiem i postępująca nieuchronnie koncentracją kapitału.
Na dzisiejszych rynkach kilkudziesięciu małych sklepikarzy, nawet gdyby startowali od razu ze współprac z lokalnymi producentami żywności zostałoby bardzo szybko zjedzonych. Każdy wolny rynek nieuchronnie dąży do monopolu, a w krótszym okresie do oligopolu.
jedynym sposobem na stworzenie takiej grupy jest interwencja państwa, wspieranie na różne sposoby takich struktur poprzez np. rezerwowanie najkorzystniejszych lokalizacji, ulgi podatkowe i dotacje.
W Polsce podobną rolę mogłaby spełniać Krajowa grupa Spożywcza, ale po ostatnich działaniach nowego demokratycznego rządu nie należy się niestety spodziewać niczego poza cięciem równo z ziemia wszystkich projektów poprzedników wokół, których nie tworzy się tak szeroki front obrony jak wokół CPK.
Pytanie, czy aktywność państwa wystarczy i na ile jest obecnie realna. I tu niestety, nie jestem optymistą. Współczesne państwa są pomimo pozorów demokracji, własnością pieniądza, czyli kapitału. Kapitału nieuchronne kumulującego się w wielkich sieciach handlowych i korporacjach o budżetach większych niż budżety wielu państw. Wszystkie istotne zmiany społeczne pokazują, że uzyskujemy tyle ile wywalczymy ile wymusimy na kapitale i na państwie.
Podstawowym narzędziarzem tego wymuszenia jest organizacja. Jak powiedział Joe Hiil  "Don't mourn. Organize."  Dziś przed tymi, którzy chcą organizacji stoi większe zadanie niż przed towarzyszami Joe Hilla (niczego nie ujmując ich bohaterstwu). Jak powiedział Warren Buffet „There’s class warfare, all right, but it’s my class, the rich class, that’s making war, and we’re winning.” I ważnym aspektem tego zwycięstwa jest prawda odkryta przez Marksa „ideologia klasy panującej staje się ideologią całego społeczeństwa”, ideologią niewidzialną, tak zinternalizowaną, że nie dostrzegana. Tak niemal jak nie możemy zobaczyć własnej twarzy bez lustra ani nie zauważamy powietrza którego pełne są nasze płuca.
Konstytutywną cechą tej ideologi jest skrajny indywidualizm i egoizm, jest ideologia „greed is good” Gordona Gecko. Ludzie nie buntują się przeciwko największej nawet nieprawości społecznej, jeżeli wierzą, że zaraz, za chwilę mogą wygrać w tym wyścigu i sami zostaną gnębicielami. Ta internalizacja powoduje, że robotnicy głosują na milionerów i libertarian. Że coraz większe ulgi i przywileje (nie tylko) podatkowe dla bogaczy nie budzą niczyjego oburzenia, a każdy pomysł niewielkiej nawet progresji podatkowej to „komunizm”. A to co najwyżej socjalizm redystrybucyjny, zwany też przez Jacques Bideta i Gérarda Duménila „socjalizmem w kapitalizmie”, lub państwem socjalnym.
Dokładnie o tym pomieszaniu pojęć jest hegemonia kulturowa postulowana przez Gramsciego, tyle że sprawuje ją klasa wyższa i działająca w jej interesie klasa ideologiczna/inteligencja, w której interesie jest utrzymane obecnego systemu żywnościowego.
Tym bardziej że system ten nie tylko przynosi ogromne profity, ale też, oferując biednej części społeczeństwa nieskończoną obfitość i możliwość jedzenia rekreacyjnego i emocjonalnego stymulującego ośrodki przyjemności, pomaga utrzymać społeczną bierność i systemowo  stymulowaną depresję.
U Huxleya w “Nowym Wspaniałym Świecie” spokój utrzymywała soma, w naszym świecie była to i jest często dieta. Kiedyś niedobór kaloryczny, mikro i makro składników pozbawiający sił fizycznych i umysłowych do stawiania oporu, dziś fast food, gazowane napoje i słone i słodkie przekąski. Nie dziwi w tym kontekście, że zastępujący cukier syrop glukozowo-fruktozowy,  gorszy dla organizmu jest w USA, kraju, od którego zaczął on swój podbój światowego przemysłu spożywczego, jest silnie dotowany i dzięki temu tańszy, przez co używany jest zwłaszcza w najtańszych produktach, jedzonych przez biedotę dla poprawy nastroju.
Nie, że jest to jakiś spisek. Nie, nie zakładam jeszcze foliowej czapeczki. Powiedziałbym, że jest to nieuchronna logika systemu, w którym głównym kierunkiem jest akumulacja kapitału. Nie tylko tego w postaci pieniądza, papierów wartościowych czy środków produkcji. Ale również kapitału niematerialnego takiego jak np. zdrowie. W Warszawie różnice w długości życia wynoszą 12 lat pomiędzy Miasteczkiem Wilanów a Pragą Północ. najbogatszą i najbiedniejszą częścią jednego miasta
Nie będzie ograniczenia fałszowania żywności bez transformacji żywnościowej.
Konieczna, sprawiedliwa transformacja systemu żywnościowego uda się tyko, wtedy gdy będzie częścią głębokiej, pokojowej lub nie, transformacji systemu klasowego. Odwrócenia kierunku przepływu kapitałów z góry drabiny społecznej na dół, redystrybucji zdrowia, władzy, kapitału, wiedzy od, a nie do  klasy wyższej. Aby to się mogło stać. robotnicy przemysłu spożywczego, rolnicy, przeciętni konsumenci, których nie stać na  Bio/eco żywność, muszą odzyskać swój głos. Swój a nie liberalnych elit ani prawicowych populistów. By potem zająć należne sobie miejsce przy stole. Tym metaforycznym i tym dosłownym.

 

 

Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych? Wesprzyj mojego bloga

Moje media społecznościowe

Kategoria:

Share