

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.
Medytacja jest jak trening na sali. Ćwiczysz powtarzasz te samy ruchy ciała lub umysłu, dążąc w nich do perfekcji. Tylko po chuj? Zamierzasz przeżyć życie na sali treningowej?
Obudziłem się. Jakoś między trzecią a czwartą, przez chwilę jeszcze się przewracałem na łóżku, usiłując z powrotem zasnąć. Ale pokonała mnie fizjologia. Im człowiek jest starszy, tym fizjologia częściej wygrywa.
Wstałem, żeby pójść do toalety. I odkryć, że nie ma wody.
Jest to problem. I to razy kilkanaście.
Bo zaraz miałem z mojej kwatery iść do kuchni i szykować śniadanie i robić produkcję na cały dzień dla kilkunastu gości. A bez wody to nie za bardzo.
I co będzie jak te kilkanaście osób w budynku (dwa piętra, dziesięć 1 i 2-osobowych pokoi i dwie sypialnie po 10 miejsc na poddaszu) wstanie za jakiś czas i nie spuści wody... ale dobrze, że u nas w nie pije się alkoholu, co na wszelkich wyjazdach szkoleniowych i podobnych jest powszechne. Bo jakby te kilkanaście osób nie spuściło wody po kac kupie to byłoby skażenie biologiczne na cały powiat.
I zaraz szybka kombinacja w głowie. Nie, no owsianki nie ugotuję bez wody. Debil jestem, powinienem zawsze mieć zapas wody. No nie, nigdy wcześniej nie było awarii wody. No to już kurwa najwyższy czas. Mam wiadra, będę musiał nalać i mieć zawsze pełne jak będę kończył pracę. No ale nie mam. No ale mam suchy prowiant. Jest chleb, wszystkie dodatki do chleba. No chuj. Nie że ok, bo w chuj nie ok. ale co?
Trzeba sobie radzić z tym, co się ma, najlepiej jak się potrafi. Tego nauczyła mnie praca w kuchni.
I zaraz do szefowej napiszę, ale teraz pewnie jeszcze śpi, poczekam może się naprawi, mam i tak co robić w tym czasie.
I cholera nie mam wody w czajniku, żeby sobie kawę zrobić. Noż kurwa! Dobra. Do kuchni. Trzeba przejrzeć co mogę podać bez wody i czy mam gdzieś wodę jakąś. Jakąkolwiek
I się krzątam i nie mam wody i mam zaraz pisać do szefowej, która właśnie wchodzi i pyta, czy też nie mam wody. I że próbuje się dodzwonić do wodociągów. A jest sobota 6 rano. I my jesteśmy 6 kilometrów za miastem więc niekoniecznie szybko coś z tego będzie.
I tak się krzątam, chodzę od kuchenki do kąta. I tylko tak przypadkiem się zakręcam tak, że koło zlewu przechodzę. No jak jak już jestem koło zlewu to sprawdzę może leci..
I za którymś takim kółkiem HOSANNA! Chwalcie Pana chamy na kolanach! Bliski byłem dzikiego tańca moich słowiańskich przodków z głośnym śpiewem, w stylu okrzyków radości po zabiciu wroga, rozpruciu go, wyfiletowaniu i zjedzeniu serca.
Aż zdałem sobie sprawę co właśnie się dzieje i zacząłem się śmiać.
Jak niewiele mi było potrzebne w tym momencie, żebym był głęboko i prawdziwie szczęśliwy. Była woda. Nie było wody, dramat. Jest woda, szczęście. Co się z tego, że względem tego, że woda była wieczorem, kiedy kładłem się spać (nie że myłem, bez przesady, dbajmy o środowisko) a jest teraz rano? A gdybym obudził się dopiero teraz (to bym, zaczął kurwic, bo toby znaczyło, że zaspałem, i to w chuj) i nie wiedział, że wody nie było? Co by się zmieniło?
Co więc uczyniło mnie szczęśliwym w tym momencie? Woda? Czy moja reakcja? Mój własny umysł? A czy to właśnie nie na tym polega? że mój umysł sam siebie czyni szczęśliwym, nawet nie w reakcji na rzeczywistość (przy tym śmiałym założeniu, że rzeczywistość istnieje) ale na swoją interpretację. Na tworzone przez samego sienie symulakrum.
A gdyby nie było gości, to bym się wkurzył, że nie ma wody ucieszył się, że jest. Albo pojechał do miasta i nawet nie wiedział, o której by woda zaczęła płynąć. Co by się zmieniło poza moim umysłem?
Czy drzewo padające w lesie, w którym nikogo nie ma wydaje odgłos? Czy gdy woda zaczyna płynąć, ale ale nikt nie odkręca kranu, to ma jakieś znaczenie?
I wszystko to nalewając wody do garnka na ryż. Awaria wody nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego o umyśle. Czy raczej jasno pokazała to co teoretycznie dobrze wiem.
Właściwie ciągle wydarza się coś zwłaszcza „niemiłego” (to znaczy odbieranego przez mnie jako „niemiłe”, a właściwie moim umyśle pojawia się emocja awersji) co wybija nas z naszej rutyny. I tak nas czegoś uczy. Albo nie. To też zależy od naszego własnego umysłu.
Nie wiem co to jest medytacja. Wiem jak pokroić marchewkę, upiec chleb i ugotować zupę. I że trzeba rozpoznawać swój stan, być obecnym w tym, co się dzieje. W każdej sytuacji i emocji. „Dobrej” i „złej”, awersji i lgnięcia. Rozpoznawać i zauważać swój umysł w tej emocji i sytuacji. Jak wtedy kiedy złapiesz gołą ręką za drzwiczki od pieca rozgrzane do 230 stopni. Albo niesiesz kilkunastolitrowy gar wrzącego bulionu. Albo jak popuścisz w spodnie. Warto się przygotować, przy obecnej średniej długości życia jest statystycznie prawdopodobne, że dożyjesz wieku, gdy będziesz popuszczał w spodnie. Jaki będzie stan twojego umysłu, gdy się zesrasz pod siebie i będziesz siedział w gównie? Nie w lotosie. W gównie. Czy powiesz jak jeden z mistrzów Zen po wzięciu LSD: umysł się nie zmienił?
I to było trochę tak, jakby ta awaria wydarzyła się po to, żebym to zrozumiał. Bo wszechświat ciągłe daje nam lekcję, tylko musimy się na te lekcje otworzyć, bo kiedy uczeń jest gotowy pojawia się mistrz i naciąga go na kasę, frajera. A kiedy tak odpływasz przy gotowaniu to coś się przypali albo wykipi. W kuchni uczysz się być tu i teraz.
Jest taka wielka kosmiczna tablica, wszechświat (albo Ban Puk albo Budda, albo inszy Ramajana) wypisuje na niej temat kosmiczną kreda i ma takie „no to dzisiaj Piotrka będę uczył, potem jedna wojna i dwie lokalne epidemie, i plan na dzisiaj odhaczony”.
Oczywiście nie chodzi mi o to, że wszechświat w ten sposób nam daje znak. To tylko antropomorfizacja naszego doświadczenia. W chrześcijaństwie, zwłaszcza prawosławiu, jest koncepcja „teologii negatywnej”, mówiąca o Bogu poprzez to jaki nie jest (na przykład nie jest ograniczony i nie jest taki, jak sobie wyobrażamy) bo naszym ograniczonym umysłem nie pojmujemy Boga, który nie jest ograniczony. Podobnie w buddyzmie nie jesteśmy w stanie opisać Natury Umysłu/ Natury Buddy ani pojąc prawa karmy. Chwytamy tylko symulakrum tworzone przez nasz umysł. Jak antropomorfizowany wszechświat w roli szkolnego nauczyciela.
Ale to wygodna metafora, wygodny model pomagający dobrze sobie poradzić z sytuacją. Jak nauczał Budda: pracujesz z tymi okolicznościami i warunkami jakie są, pracujesz z tym i ze wszystkim tym, co się pojawia.
I warzywa na zupę pokrojone.
To jest trochę tak jak z lekcją języków obcych. Zakuwanie słówek, rozmowy z Native Speakerem i mnóstwo innych pierdół. Przyjmuje do świadomości, że są ludzie, którzy to lubią, ale wiem, że są ludzie, którzy lubią jak im odcinać kończyny więc to żaden argument.
No ale wiem, rozumiem, ktoś może lubić uczyć się języków, poznawać nowe słowa. Ale raczej nam nie o to chodzi jak się uczymy języków. Bycie emigrantem to jasno pokazuje. Nauka języka jest kompletnie bez znaczenia. Ważne jest, żeby się porozumieć.
Nawet certyfikat językowy jest po to: żeby potwierdzić, że sie umiesz komunikować w tym języku.
I dobrze komunikujesz się kiedy zapominasz te wszystkie regułki i odmiany i nie zastanawiasz się, nie odmieniasz w głowie… tylko mówisz. Kiedy na ulicy ktoś rzuca się na Ciebie z nożem ważne, żebyś się obronił, a nie wykonał czysto technikę. Trening w sali pomaga, ale może też być przeszkodą, jeżeli wydaje ci się, że musisz jak na sali zacząć od rozgrzewki.
Najwspanialsze dzieło motywacyjne w historii światowej literatury Żywoty 84 Mahasidhów indyjskich, pełne jest opowieści o joginach, którzy nie praktykowali formalnej medytacji. A ich praktyką była ich codzienna aktywność, niekiedy bardzo zwyczajna, jak szycie butów, niekiedy w ten, czy inny sposób ekstremalna jak czyszczenie latryny kurwie.
Szanujcie więc typa co wam czyści kible w korpo, bo to może być nowy Budda.
Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych? Wesprzyj mojego bloga