

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Jeśli zdarzy się wam w Hamburgu trafić w okolice Schantzenpark, rzut kamieniem od wegańskiego zagłębia na Schanztenstraße i tuż zaraz obok słynnego St. Pauli, jest duża szansa, ze młody czarnoskóry chłopak będzie do was kiwał w charakterystyczny sposób głową, ewentualnie zapyta: chcesz coś? Nie będzie chodziło o wpierdol bynajmniej.
No w każdym razie, jeżeli tak jak ja, wyglądacie na target. No ale realia współczesne są takie, że właściwie wszystkie grupy społeczne są targetem dla handlarzy marihuany. Park i pobliska stacja metra to znane wszystkim miejsce handlu marihuaną. Ale nowe prawo zmienia wszystko. a może nie… Od pierwszego kwietnia 2004 roku marihuana została w Niemczech zalegalizowana. Przynajmniej częściowo. Zdekryminalizowana. No, nie zamkną cię za jointa. Ale mogą dać grzywnę.
Policja oczywiście dobrze wie o tym miejscu. Co jakiś czas, co ciekawe szczególnie w zeszłym roku, gdy zapadły już pierwsze ustalenia co do legalizacji, policja w Hamburgu organizuje akcje przeciwko handlarzom. Aresztuje hurtowników, zatrzymuje dealerów w parku. Poza tym czasem, kiedy policja organizuje najazd i robi się nerwowe, park jest generalnie miłym, przyjaznym rodzinom miejscem. Handlarze nie są nachalni ani agresywni. Im spokojniej, tym lepiej dla interesu. Klienci się nie boją i nie ma powodów, żeby ktoś wzywał policję. Młodsi i starsi imigranci, rodziny z dziećmi, lokalsi z psami. Spotkałem kiedyś dwóch młodych imigrantów z Ghany, kiedyś handlarza ziołem z Polski. Pełno turków, arabów, urządzających grill przy pikniku. Czarni urządzający wyścigi z jajkiem na łyżce. Serio. Rastuchy palą zioło. Chociaż konsumpcja w parku nie jest powszechna.
Chociaż to może akurat się zmienić, bo pojawił się również crack. I możliwe, że to reakcja na legalizacje marihuany. Legalizacja marihuany była zapisana w umowie koalicyjnej obecnego rządu i początkowo miała przyjąć formę bardziej liberalną, ale przeszkodą okazały się przepisy Unii Europejskiej. I ostatecznie stanęło na legalizacji posiadania do 50 g, w tym 25 g przy sobie poza domem (w chuj dużo, tyle to dilerzy przy sobie nie noszą) lub 3 krzaków. Od lipca legalna jest również uprawa i dystrybucja przez specjalne niekomercyjne stowarzyszenia “kluby konopne “. Co w praktyce oznacza, że pierwsza legalnie wprowadzona do obiegu marihuana pojawi się na przełomie roku 2024/2025 Do klubu może należeć maksymalnie 500 osób, wyłącznie zamieszkałych na stałe w Niemczech (nie obywatele, ważny jest meldunek w Niemczech) co ma zapobiec turystyce konopnej, która stała się zmora Amsterdamu. Zabronione pozostają wszelkie produkty spożywcze z dodatkiem marihuany, takie jak żelki, ciastka, czekoladki, etc. Cena ma wynosić około 5-10 euro za g, obecnie cena u dilerów to około 10-20 e za gram. Wcześniej dozwolone było posiadanie „małej ilości na własny użytek”, co w praktyce oznaczało do 5 gramów, ale były przypadki zatrzymań i za ilości poniżej 1 g. W Niemczech jest też od kilku lat dostępna marihuana medyczna i są kliniki wyspecjalizowane w wystawianiu recept na marihuanę, również w cenie 5-10 euro. Minister Zdrowia Bundesrepublik Karl Lauterbach odpowiadając na pytania internautów niedługo po wejściu w życie zliberalizowanych przepisów, przeciwstawił niemiecki model legalizacji amerykańskiemu i holenderskiemu, gdzie marihuana jest towarem jak każdy inny i podlega prawom rynku i marketingi. I komercjalizacji. Chociaż Lauterbach jest z FPD to czuć w tym podejście bardziej socjaldemokratyczne niż wolnorynkowe. Podkreślał też znaczenie ochrony dzieci i młodzieży, jaka jest zaimplementowana w nowych przepisach
Limity zarówno zawartości THC, jak i dozwolonej ilości są dużo niższe dla osób w wieku 18 do 23 lat, zakazane jest palenie w obecności dzieci i osób niepełnoletnich w odległości 100 metrów od szkół, placów zabaw itp. W ogóle bardzo ograniczona jest możliwość palenia marihuany gdziekolwiek, poza własnym domem. Poza zakazem palenia w odległości do 100 metrów od szkół, placów zabaw, wszelkich placówek dla dzieci i młodzieży oraz na terenie obiektów sportowych, zakaz palenia obowiązuje w godzina od 7 do 20 w „strefach dla pieszych”, generalnie w miejscach publicznych, bo obejmuje to tez np. parki. Zakaz palenia w pobliżu dzieci praktycznie wyklucza wszelkie otwarte wydarzenia, knajpy itp.
Kiedy na przełomie marca i kwietnia w wielu miejscach w Niemczech organizowano imprezy z okazji legalizacji to odbywały się one na wydzielonych, zamkniętych przestrzeniach, w dostatecznej odległości od szkół i podobnych obiektów. Można powiedzieć, że praktycznie wbrew temu, co komuś mogłoby się kojarzyć z hasłem legalizacji nie zapalimy w Niemczech poza własnym domem. Nawet wieczorem, bo idąc po ulicy nie mamy pewności czy dziś obok niedaleko nie idzie jakieś dziecko. Albo nie wyjdzie na nas nagle zza rogu. Dodatkowe restrykcje zaczęły wprowadzać rozmaite instytucje w Niemczech zaraz po 1 kwietnia. Pierwsze zakazy widziałem na przystankach w Bremen zaraz na początku kwietnia.
W tej chwili całkowity zakaz konsumpcji marihuany funkcjonuje na terenach Deutsche Bahn, czyli przede wszystkim na dworcach kolejowych. I to ma sens akurat, bo taki sam zakaz obowiązuje co do palenia tytoniu i picia alkoholu. Ale też w strefach dla palaczy tytoniu. Co w sumie jest logicznym zaimplementowaniem zakazu palenia w obecności/w pobliżu dzieci i młodzieży Już w kwietniu zakaz palenia na terenie wszystkich swoich obiektów ogłosiła niemiecka siec hoteli rodzinnych. Co było decyzja sensowna i uzasadnioną biznesowo decyzją. Hotele, knajpy i podobne muszą obecnie decydować czy wpuszczać palaczy marihuany czy wpuszczać dzieci. W przypadku sieci hoteli celującej w rodziny z dziećmi wybór jest raczej oczywisty.
Kary za palenie w niedozwolonym miejscy wynoszą od kilkuset do nawet 20 tysięcy euro. Więc lepiej uważać i jakby co grzecznie się pucować do psiarni. Trudno w tej chwili powiedzieć jakie od tej strony są skutki wprowadzenia nowego prawa, czy dochodzi częściej do ukarania palaczy marihuany, niż gdy było to przestępstwem, a nie wykroczeniem Warto dodać, że po wprowadzeniu nowego prawa z więzień wypuszczone odsiadujących wyroki za posiadanie marihuany, w sumie 125 osób w całej Bundesrepublik. Oczywiście zwolennicy legalizacji marihuany uważają restrykcje za zbyt daleko idące, zwłaszcza w zestawieniu z tym, jak w Niemczech liberalnie traktowany jest alkohol. Dostępny wszędzie, bez licencji, legalny w przestrzeni publicznej i dozwolony od 16 toku życia (wino i piwo)m zdjęcia dzieci pijących piwo na Oktoberfest wrzucał polityk CDU, znany ze swojego sprzeciwu wobec legalizacji marihuany.
Chociaż z moich doświadczeń ani zbyt wielu pijących, ani pijanych nie widać na ulicach. Oczywiście nie mówię o sobotnim wieczorze w St. Pauli. Chociaż nawet w sobotni wieczór na St. Pauli jak niedawno byłem, nie ma raczej zbyt wielu palących zioło. Cztery miesiące od legalizacji w przestrzeni publicznej niewiele się chyba zmieniło. Niemcy, zgodnie z narodową tradycją i stereotypami na swój temat, przestrzegają przepisów i nie palą w miejscach zakazanych, czyli nigdzie w przestrzeni publicznej. Nawet wieczorami. Nawet na dwóch koncertach na jakich byłem ostatnio, na lokalnych festynach, z okazji urodzin portu w Hamburgu-Harnurgu, gdzie grała lokalna ekipa ska Skaramanga ani na festiwalu Munzenviertel gdzie grała lokalna ekipa skinowska oi! Violent Instinct nie było jakoś specjalnie dużo palących zioło. Na pewno nie więcej niż byłoby przed legalizacja I chociaż mam wrażenie, że ostatnio pojawia się na ulicach więcej palaczy, ale może to być efekt wakacji a, nawet jeśli nie i to faktycznie trend wynikający ze zmiany prawa to Niemcy zdecydowanie nie są krajem gdzie zaczęto teraz marihuanę palić masowo na ulicach. I myślę, że nie tylko ze względu na restrykcyjne przepisy.
Bo jeśli chodzi o dostępność wiele się na razie nie zmieniło, kluby działają, ale nie mają jeszcze co rozprowadzać, więc kto palił wcześniej i kupował na ulicy u dealera tak samo robi nadal. Kto nie chce kupować od dealera i czeka na możliwość legalnego zakupu… ten czeka. Jest może jakaś grupa nowych konsumentów, których ośmieliła legalizacja. Tu warto się zatrzymać na chwilę nad tym jak wyglądała (i praktycznie wciąż wygląda) kwestia dostępności i kupowania marihuany w Niemczech.
Myślę, że mógłbym pojechać do dowolnego dużego miasta w Niemczech, po drodze poszukać informacje w internecie i po przyjeździe bez zbytniego problemu kupić marihuanę. Niekiedy tez inne substancje. Nawet bez szukania przypadkowo tylko chodząc po takich dzielnicach po jakich lubię chodzić, czyli tych, gdzie się najgorsza hołota gromadzi, trafiłem i w Hamburgu i w Bremen na handlarzy marihuaną. Z reguły są to dzielnice imigranckie, cieszące się raczej kiepską reputacją. W Hamburgu stacja metra i pobliski park w Schanzenviertel, niedaleko od St. Pauli, a jakże, w Bremen to głowna ulica Viertel, szczególnie placyk obok pełnej turystów kawiarni. Co dość szokująco wygląda.
Kawiarnia pełna emerytowanych niemców i klasy średniej, a obok grupka dealerów, pytająca przechodniów co chcą. W Bremen na Viertel jest też mocno obecny crack. W jednej z bocznych uliczek, kiedy chodziłem po Viertel trafiłem na ekipę palącą crack. Jedynie w Hanowerze nie trafiłem na dealerów, chociaż właściwe to tez nie do końca… Pojechałem sprawdzić Steintor w Hanowerze, na którym jak dowiedziałem się z internetu swoje biznesy prowadzą młodzi przedsiębiorcy z Afryki w dość szczególnym dniu dla tego biznesu. Stentor to dość szczególna okolica. Z założeniu elegancki deptak, zaraz koło dworca pełen turystów w praktyce…w praktyce, trafiłem tam na najbardziej obrzydliwego, obsranego Toitoia w moim bujnym i pełnym toalet publicznych, życiu… takiego, że otworzyłem i zamknąłem. Ale nie na dealerów. Za to trafiłem na dobry wegański fast-food w jednej z bocznych uliczek. I na akcję policji. Nie byłem nigdy fanem fast foodów, burgerów, ale ten był całkiem niezły… i z taką myślą wyszedłem z baru i zobaczyłem jak policjant i policjantka sprawdzają siedzących na ławkach kilku czarnych. A potem policjantka zakłada nitrylowe rękawiczki i zagląda pod dużą donicę stojącą przy wejściu do eleganckiego sklepu, otwiera czekający na wywózkę duży kosz na śmieci i w nim grzebie. Dwóch gości, wyglądających na pierwszy rzut oka jak turyści, podeszło i coś ustalało z policjantami z radiowozie i tą dwójką na ulicy. Tajniacy?
Niekoniecznie orientujecie sie w szczegółach biznesu narkotykowego, zwłaszcza w Niemczech więc zdanie wyjaśnienia. Ten śmietnik i donica to typowe schowki dealerów Niemczech, również marihuany, którzy przy sobie mają jakąś minimalną ilość lub wcale, właśnie na wypadek takiej akcji. Jakoś dzień później w wiadomościach przeczytałem o wielkiej akcji antynarkotykowej policji w Hanowerze. Bo ustawa legalizacyjna raczej nie zatrzymała akcji policji. Jeszcze w zeszłym roku, kiedy sprawa legalizacji była już rozstrzygnięta do dużych akcji dochodziło w Hamburgu. W tej chwili (co akurat słusznie wytyka CDU) doszło do trochę absurdalnej sytuacji, w której nowe prawo zachęca do łamania prawa. Marihuanę w Niemczech można legalnie posiadać, można legalnie używać, ale nie można legalnie kupić, ani nawet dostać w prezencie. Prawicowa, opozycyjna CDU jest oczywiście przeciwko legalizacji i zapowiada cofnięcie legalizacji po zmianie władzy w Niemczech (co zapewne nastąpi po przyszłorocznych wyborach). Swoją drogą, to jest partia, która sprzeciwiała się postawieniu pomnika ofiarom obozów koncentracyjnych w miasteczku koło którego mieszkam, więc ich sprzeciw to rekomendacja. Ustawa budziła zresztą kontrowersje i wewnątrz rządzącej SPD. Przeciwko był np. minister spraw wewnętrznych Turyngii Georg Maier, który uważał ze legalizacja nastąpiła za szybko. I jest tu trochę racji. Widać ten sam, zupełnie niezgodny ze stereotypem o niemieckim ordnungu bałagan, co przy 9 euro/DT. Nie przygotowano wielu potrzebnych aktów wykonawczych i szczegółowych przepisów. Takich jak limit zawartości THC we krwi u kierowców, uchwalony na początku czerwca, czyli dwa miesiące po legalizacji.
Co się więc właściwie zmieniło w kwestii marihuany w Niemczech od 1 kwietnia. Praktycznie niewiele. Nie zostaniesz aresztowany za jointa, chociaż możesz dostać mandat. I to o maksymalnej wysokości do 30 tys. euro. Palenie w przestrzeni publicznej jest bardzo mocno ograniczone i faktycznie, to że ktoś pali w miejscach publicznych marihuaną to raczej odosobnione przypadki i nic co nie mogłoby się zdarzyć przed legalizacją. Dostępność pozostała, na razie, na podobnym poziomie jak była, bo nadal jedynym sposobem zakupy jest nielegalny zakup od dealera. Sam forma zakupu przez zarejestrowanych członków w określonej ilości (do 50 g miesięcznie) będzie wpływać na model konsumpcji i jest skierowana do grupy regularnych palaczy marihuany. Nie ma możliwości okazyjnego zakupu jednego czy dwóch gramów, członek klubu jest zobowiązany do regularnego comiesięcznego zakupu określonej ilości konopi. Pytanie, jak wpłynie to na bardzo okazjonalnych palaczy kupujących do tej pory czasami jednego czy dwa gramy na weekend?
I tu bym widział pierwsze niebezpieczeństwo niemieckiego modelu-zwiększenie konsumpcji marihuany przez okazjonalnych palaczy. Chociaż nie tylko bo fakt dostępności i legalności posiadania nawet 50 g i niższa cena niż na czarnym rynku, mogą spowodować również większe spożycie u stałych kobędzietów. Co to będzie oznaczało? Również w kontekście niemieckiej kultury alkoholowej? Marihuana, spośród wszystkich substancji psychoaktywnych należy do przynoszących najmniejsze szkody zarówno społeczne, jak i indywidualne, nie powodując równie silnego uzależnienia ani skutków zdrowotnych jak alkohol, opiaty czy crack. Więc pod tym względem nie należy spodziewać się bezpośrednich negatywnych następstw. Wręcz przeciwnie. gdyby marihuan zaczęła jak podstawowa substancja rekreacyjna wypierać alkohol przyniosłoby to pozytywne skutki. Choćby dlatego, że użytkownicy marihuany raczej nie trafiają na oiom z powodu skutków swoich wyczynów, ani nie wszczynają awantur. Niestety, takie były wnioski z pierwszych analiz po legalizacji marihuany w niektórych stanach USA, zwiększenie konsumpcji marihuany nie spowodowało zmniejszenia konsumpcji alkoholu. I tu jest niebezpieczeństwo jakim jest łączenie alkoholu i THC na większą skalę niż ma to miejsce obecnie. Jest to na pewno temat wart obserwacji, jak niemiecką kulturę przesiąknięta alkoholem i modele konsumpcji wpłynie legalizacja I jak wpłynie na kulturę gastronomiczną.
Jak pisałem. obecnie lokale, jeżeli deklarują to zakaz palenia marihuany, ale jest czymś oczywistym zjawisko zwane “gastrofazą”. Nie ma obowiązku wiedzieć więc wyjaśniam, że jest to efekt pobudzenia apetytu wywołany działaniem THC na ludzki mózg. Efektem marihuany jest też zintensyfikowanie i pogłębienie doznań zmysłowych i to samo tyczy się tez smaku. To otwiera nowe perspektywy dla gastronomii. Zamiast „zestawu dla dwojga” np. „zestaw dla zjarusów”, coś w rodzaju menu degustacyjnego z wszystkimi smakami. Zjarusy będą przeszczęśliwe. i być może pojawi sie rozróżnienie na lokale przyjazne rodzinom z dziećmi i na te przyjazne marihuanie. I to jest z jednej strony banał i drobiazg. przypis właściwie. Ale… Ale… Niemcy nie mają kubków smakowych. No w każdym razie ich podstawową cechą narodowa jest, że coś jest z tym nie tak. Gotuje zawodowo i mam w to myślę niezły wgląd. Niemiecka kuchnia jest nudna, kiepska, monotonna, niedoprawiona, bez polotu itd. Bez polotu. Wyszłoby całkiem na dobre, gdyby niemieccy kucharze przed rozpoczęciem pracy wypalali porządnego skręta, a i klienci, gdyby zamiast piwa do obiadu wypalali dobrego spliffa, byliby bardziej wrażliwi na doznania kulinarne. Ale też oczywiście, trzeba pamiętać, ze marihuana jest głowna przyczyną wpierdala po 22, a Niemcy jak cała bogata Północ borykają się z epidemią nadwagi i otyłości. I gdyby legalizacja doprowadziła faktycznie do upowszechnienia się konsumpcji konopi to może się to przełożyć na odczuwalne pogorszenie w tej kwestii Niemiecki model legalizacji natomiast bardzo ograniczy liczbę zjaranych turystów, którzy by mogli napędzić gastronomię. Jak mówił w swoim wystąpieniu w internecie minister Laurenbach, to był jeden z celów takiego, a nie innego kształtu ustawy i ograniczenia członkostwa w klubach konopnych do mieszkańców Niemiec Pierwotne plany szły zresztą dalej, ale okazały się niezgodne z przepisami unijnymi, chociaż i tak na przyszły rok planowane jest otworzeniu w kilku miastach, m.in. w Hanowerze, pilotażowych sklepów z konopiami THC, dostępnych dla wszystkich. Na razie, zarówno off line, jak i w internecie rozkwita biznes około konopny. Osprzęt do palenia był już wcześniej w wielu miejscach do kupienia, ale obecnie można kupić w internecie, nawet na szacownym domu wysyłkowym Otto, całe oprzyrządowanie do domowej uprawy marihuany.
Tak samo jak wokół alkoholu, istnieje potężny, destrukcyjny dla społeczeństwa, biznes, tak samo wokół marihuany i wszystkich narkotyków istnieją tego typu biznesy, tyle że nielegalne. Pytanie brzmi jak ten nielegalny i legalny biznes będzie się kształtował i jakie powodował skutki społeczne. Jest jedna grupa, którą te skutki dotkną najmocniej. Jak legalizacja wpłynie na uliczną sprzedaż, jak wpłynie na sprzedawców? Nie mamy badań na temat sytuacji niemieckich dealerów narkotyków. Policja publikuje jedynie dane tyczące się przestępstw narkotykowych. I tu raport z dwudziestego drugiego roku jest zaskoczeniem. Wystarczy się przejść po Schanzenpark czy po Viertel, żeby zobaczyć, że handlują młodzi czarni, głównie imigranci z Afryki Północnej. Podczas gdy zarówno w handlu narkotykami, jak i w zorganizowanej przestępczości dominują Niemcy, a z cudzoziemców Turcy i Polacy, ex aequo, daleko za nimi Syryjczycy. Wygląda na to, że również w tym biznesie, imigranci, zwłaszcza o innym kolorze skóry zajmują najniższe miejsce w hierarchii społecznej. Coś jak dostawca na UbeEatsie. Czarni imigranci jedzenie i narkotyki. A właścicielami i managerami są biali, rodowici mieszkańcy. A jakie utrzymanie zapewnia im ta praca i co się stanie, jeżeli ich możliwości zarobku zmniejszą się znacząco, bo najlepsi klienci odejdą do klubów konopnych? Jak pisałem, nie mamy na ten temat żadnych danych, ale mamy punkt odniesienia. Są to wyniki badań Sudhir Venaktesha, socjologa z Uniwersytetu Chicagowskiego, który przeprowadził badania terenowe żyjąc przez kilka lat (sic!) z handlarzami crackiem. I odkrył ze uliczni handlarze zarabiają średnio 3,3 dolara na godzinę. Spadek dochodów z handlu marihuana jaki jest już na horyzoncie, oznacza dla tej grupy konieczność znalezienia innych źródeł zarobku. Tu jest największa słabość, nie tylko niemieckiej ustawy, Ani restrykcje ani legalizacja nie usuwają społecznych przyczyn problemów. Takich jak to, że dla wielu młodych ludzi ścieżka kariery zaczęta od pracy za 3 dolary za godzinę jest najlepszą i niemal jedyną możliwą. Niemal, bo inne opcje to włamania, kradzieże, napady. Albo zmiana asortymentu. Dlatego też zapewne, wszyscy juz oferują prócz marihuany crack. I to jest niemiecki problem, jaki eksplodował po pandemii a nasilił się jeszcze bardziej w ostatnich dwóch latach.
Niemcy są zalewane przez crack i w nieco mniejszym stopniu, opiaty. Generalnie ostatnie dwa lata, to okres, w którym dworce w dużych miastach zamieniły się przytułki dla bezdomnych, alkoholików i narkomanów, miejsca przemocy, kradzieży. przy znaczącym udziale imigrantów, głównie z Polski i (ostatnim czasie) z Ukrainy. W zeszłym roku status najbardziej niebezpiecznego dworca w Niemczech miał dworzec główny w Hamburgu. Obecnie sytuacja się zmieniła. Na dworcu wprowadzono zakaz posiadania broni (również, noży kuchennych i gazu pieprzowego), pojawiło się więcej patroli policji i policji kolejowej. Co nie rozwiązało problemu tylko go wypchnęło z dworca. Głównie na południe, w okolice „parku narkomanów”, gdzie już od jakiegoś czasu odbywa się handle i konsumpcja cracku i opiatów, obok Museum für Kunst und Gewerbe i dalej w stronę Münzviertel, cała okolica pełna jest konsumentów cracku i opiatów. Scenek w rodzaju tej, gdy na dojściu do dworca, w centrum miasta, na środku chodnika siedzi ktoś i pali bez przypału crack. Okolica upodabnia się do widoczków z amerykańskich miast zapełnianych przez „zombie”, ofiary fentanylu, ale taka charakterystyczna poza ciała, to „spływanie” i powolne ruchy są typowe również dla heroiny, też mocno obecnej w centrum Hamburga. Takie same widoczki pamiętam z lat 90 tych, gdy na polskich ulicach królował „kompot” czyli domowej produkcji heroina. Przesunięcie uwagi dotychczasowych dealerów marihuany na rynek cracku i opiatów może być głównym negatywnym skutkiem legalizacji marihuany w Niemczech. Małolaty handlujące marihuaną w Schanzenviertel zaczęły też oferować ostatnio crack. takie zmiany mogą spowodować przetasowania na przestępczej mapie Hamburga (pewnie podobnie jest w innych miastach) i wywołać nawet wojny gangów. I zwiększyć podaż i dostępność twardszych narkotyków jakimi zaczną handlować dotychczasowi handlarze marihuaną. Czyli większa dostępność i legalizacja marihuany mogą doprowadzić do zwiększenia konsumpcji twardych narkotyków. Ale jest to znów temat do obserwowania, bo może również zajść zjawisko odwrotne, bo legalność marihuany spowoduje, że wielu dotychczasowych konsumentów (i nowi) nie będzie mieć dostępu do nielegalnych substancji, gdy przestanie zaopatrywać się u dealera. Na razie będę bacznie obserwować czy Schanzenpark zostanie drugim parkiem narkomanów.