

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Ostatnia, 10-dniowa impreza, gdyby nie zaburzenia odżywiania to byłoby nawet lepiej niż się spodziewałem przy takim wysiłku. Chociaż trochę sie czułem się jak na kacu. Efekt odwodnienia, przemęczenia, niedospania i deficytu kalorycznego, tak skromnie licząc, na poziomie półtora tysiąca kalorii i więcej dziennie.
Zaburzenia odżywiania powinny być uznawane w gastronomii za chorobę zawodową.
Kojarzycie może takie stare i straszliwie szkodliwe i stereotypowe hasło „never trust skinny cook”. I te stereotypowe wyobrażenia kucharzy? Straszliwych grubasów. Jak pamiętam z dzieciństwa jakieś programy kulinarne czy jakieś filmy (Bartollini Bartłomiej z „Porwania Baltazara Gąbki”), kucharz zawsze był gruby. Mało gruby, otyły. „Nigdy nie ufaj chudemu kucharzowi” to strasznie szkodliwe i powielające, i wzmacniające, te stereotypy powiedzenie
To jest kompletna bzdura, o tym chcę napisać osobno, ale i tu tylko zaznaczę, że to właśnie są zaburzenia odżywiania. Nadwaga i otyłość nie jest normalnym stanem, jest chorobą, często związaną z zaburzeniami odżywiania.
Praca w kuchni, kiedy osiem, dziesięć, dwanaście godzin atakuje twój mózg ogromna ilość bodźców związanych z jedzeniem, kiedy cały czas robisz, widzisz, dotykasz, wąchasz, smakujesz wąchasz jedzenie bardzo sprzyja zaburzeniom odżywiania czy jak to jest teraz modne mądrze mówić naszej relacji z jedzeniem.
U mnie, co summa sumarum jest chyba mniejszym złem (niż bulimia) od jakiegoś czasu przejawia się to jadłowstrętem. Kiedy pracuję, kiedy cały dzień gotuje nie tylko nie jestem w stanie nic jeść, wręcz muszę się zmuszać niekiedy do próbowania potraw (gdybym nie gotował sam tobym wszystkich pewnie prosił o opinie, żeby samemu nie próbować) ale nawet nie czuję głodu. Tak trochę w stylu akademii chłopskiego rozumu, ale to ma sens, bo atakowany wciąż bodźcami związanymi z jedzeniem, mózg ma wrażenie, że cały czas jem od kilku godzin.
Głodny robię sie jakiś czas po wyjściu z kuchni. Ale nie ma łatwo. Bo pierwszym problemem jest pojawiające się czasami uczucie wręcz wstrętu na myśl o jedzeniu czegokolwiek
A to dopiero początek. Bo nawet i bez wstrętu, i dość często, kiedy już jestem po pracy i mam pełną kuchnię żarcia, bardzo różnych produktów i gotowych potraw tak naprawdę i tak nic nie jem… bo na nic nie mam ochoty. Szczególną niechęcią pałam do dań, które tego dnia g0otowalem. Trzeba by mi je przez rurkę podawać.
Jak mieszkałem w mieście było łatwiej, bo mogłem po pracy, przynajmniej czasami iść gdzieś indziej coś zjeść. Zupełnie innego od tego, co i w jakich smakach sam gotowałem tego dnia. I co najważniejsze ugotowane przez kogoś innego dla mnie.
Więc kombinuję. Jedno co mogę i lubię jeść (ciekawe jak długo jeszcze) to tortille, burrito, pita, czyli rozmaite wrapy, szczególnie robione na styl burrito.
Niestety w Niemczech, przynajmniej na moim zadupiu trudne o dobre placki (że o porządnej picie lebanon style nie wspomnę-nie sądzicie, że to kretyńskie wyrażenie-bo właśnie o niej wspomniałem) i jedyne dostępne to tureckie do donera „Dürüm - Antalya”. Pakowane po 8 pszenne placki o śr. 30 cm. Bardzo zresztą dobre, polecam jak bedz8iecie mieć okazje kupić, bardzo plastyczne i łatwe w zawijaniu. Ale jak sie mieszka w lesie, 6 kilometrów od najbliższego sklepu, a co dopiero od Lidla to nie jest to tak prosta kwestia jak dla mieszkańców miasta.
Więc na przykład ratuję sie musli.
Ale nie takim zwykłym. Bo czego się nauczyłem ostatnio, to zwracać w takich sytuacjach uwagę na białko. I starać sie tego białka dostarczać możliwie dużo, żeby sobie nie spalić mięśni, jak to zrobiłem podczas lipcowej imprezy, co odczuwam boleśnie przy pracy.
Więc musli-białkowe. A dlatego musli, że o ile przez większość życia nie byłem specjalnym miłośnikiem słodyczy i najbardziej lubiłem takie z dużą ilością chili (w pandemii mi dopiero odbiło na słodycze, co skończyło sie waga 96 kg), to w takich sytuacjach słodkie to jedna z niewielu rzeczy jakie mogę jeść. Ale węglowodany proste i tłuszcze (często nasycone) to nie jest dobra dieta, nie tylko dla kogoś, kto ciężko pracuje w dużym stresie. Więc staram się to uzupełniać białkiem, z musli, różnych musów z migdałów, orzechów, masłem orzechowym. Kalorycznością orzechów w takiej sytuacji się nie przejmuję, bo wiem, że i tak jestem w deficycie kalorycznym. Dorzucam jakieś owoce jak mam, np. jagody, jogurt. No qffa, kiedyś bym czegoś takiego nawet na śniadanie nie tknąć (no kto wymyślił „słodkie śniadania”? jakiś psychopata i degenerat) a teraz zjadam jako główny posiłek dnia pracy
O tych moich słodkich, deserowych obiadach chcę jeszcze napisać osobno, bo myślę, że mogą pomóc ograniczyć cukier i jeść zdrowsze czy mniej niezdrowe przynajmniej, desery.
Ale też nie zawsze mam z czego taki posiłek skomponować i też po pewnym czasie ma sie takich specjałów dosyć.
I tak chodziłem i patrzyłem na to wszystko, co mam w kuchni, i tak mnie odrzucało aż aż znalazłem zapomniane z tyłu lodówki z Vemondo(marka wegańska Lidla) Vegane Tortelloni
I dawno mnie tak nic nie ucieszyło i od razu nabrałem ochoty na jedzenie. Tym bardziej że pierogów nie robiłem chyba z półtora roku więc, więc takie tortelloni są czymś zupełnie innym niż to co gotuję dla gości.
Ale takie same pierożki podane z wody to mnie nie zaspokoją kulinarnie. Bo jak już muszę coś jeść niech to będzie chociaż fajne.
Tu jest zresztą jeszcze jedna przeszkoda w moich potyczkach z zaburzeniami odżywiania, bo po gotowaniu dla gości czasami tak potwornie nie chce mi się gotować, że wolę chodzić cały dzień głodny niż coś ugotować dla siebie. Nawet jeśli mam pomysł co i mam z czego.
Ale tu moja radość z okrycia była na tyle duża, że chwyciłem patelnię i zacząłem od podsmażenia na oleju cebulki pokrojonej w kostkę. Potem wędzone to, u też z Vemondo. bardzo dobre i dość miękkie, w przeciwieństwie do np. wędzonego tofu z Edeki, w ogóle często chyba wędzone tofu jest bardzo twarde i moim zdaniem gorsze w obróbce. Do tego, miałem jeszcze trochę seitana mojego przepisu
Potem jak sie to razem już podsmażyło, pokrojone dupki z pomidorów.
jak szykuję pomidory no śniadania czy kolacji, to krojąc je w plasterki, to zostają dupki. Taki chyba dość często odpad
A ja KOCHAM pomidory. I zawsze ten odpad zostawiam, żeby do czegoś fo wykorzystać.
Pomidory są jednym z niewielu i najlepszym warzywnym źródłem umami, przez którego brak wiele osób twierdzi, że kuchnia roślinna jest bez smaku, warto je więc dodawać do różnych potraw na zasadzie przyprawy/źródła umami. Czy to świeże pomidory czy jakoś przetworzone-koncentrart, passata, etc
Trochę cremo balsamico i sosu sojowego, czy więcej umami i reakcje Maillarda czy li też „mięsny”, pieczeniowy smak
I to jako okraska i dodatek białkowy do gotowych tortelloni.
Lubię żartować na temat moich problemów psychicznych, co też jest jakimś moim sposobem radzenia sobie z nimi. Ale zaburzenia odżywiania, depresja i inne zaburzenia psychiczne to poważne i śmiertelnie niebezpieczne choroby. Pisanie o nich, również w zabawnym tonie jest dla mnie jedną z form terapii, radzenia sobie z moimi zaburzeniami i też sposobem pokazania innym możliwych dróg.
Ale pamiętajcie, że zawsze najpierwszą i najważniejszą drogą jest droga do psychiatry, leków, potem psychoterapeuty. Czego najbardziej żałuję w moim życiu to tego, że nie poszedłem do psychiatry co najmniej dwadzieścia lat wcześniej. Nie powtarzajcie mojego błędu
Podobał ci się ten artykuł? Chcesz więcej podobnych? Wesprzyj mojego bloga