

Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.
Nawałnice jakie przeszły ostatnio nad Polską w zniszczyły znaczące ilości ziemniaków, buraków cukrowych, kukurydzy i zbóż. Trwa szacowanie strat. Ale już wiadomo, że są rejony takie jak w powiecie leżajskim gdzie miejscami burza z gradem zniszczyła 100% upraw!
Co gorsza, jak powiedział magazynowi Agrobiznes rolnik któremu grad zniszczył całkowicie pole dyni, uprawianej na olej, nie ma firmy, która by chciała ubezpieczać obecnie rolników od katastrof pogodowych i konieczne jest powszechne państwowe ubezpieczenie rolnicze od szkód pogodowych.
Najpierw wiosenne mrozy, potem susza. Deszcze nawalne, burze, grad, które niszczą to, co jednak udało się wyhodować.
To nie tylko mniejsze zbiory (jest dramat w tym roku z jagodami) i wyższe ceny. To też groźba bankructwa dla rolników którzy stracili 100% plonów.
Oznacza to, że ci ludzie stracili półroczny albo nawet całoroczny zarobek.
Wyobraź sobie, że nagle przez pół roku nie masz możliwości zarabiać, musisz pracować, ale nie dostajesz z tego grosza tak wygląda. najbliższe pół roku, wielu z tych rolników. Ile takich osób to wytrzyma?
Jak się to przełoży w dłuższej perspektywie na bezpieczeństwo żywnościowe, jeżeli znaczące ilości rolników przez katastrofy pogodowe będzie bankrutować i sprzedawać ziemię? A co będzie, jeżeli tę ziemię przejmą wielkie korporacje stosujące dewastującą uprawę i hodowlę przemysłową?
Jedzenie nie jest produktem rynkowym jak każdy inny
Jeżeli nie kupię samochodu, to pojadę autobusem, pójdę na piechotę lub będę siedział na dupie w domu. Jeżeli nie kupię spodni to wyjdę z gołą dupą, albo owinę się kocem. Albo też będę siedział w domu.
I tak dalej i tak dalej... Nawet jeżeli nie mam mieszkania, nie mam dachu nad głową to mogę nadal żyć. Moja sytuacja się może zmienić, poprawić. Wiem z doświadczenia. Ale jeżeli nie mam jedzenia?
To już nic innego nie ma znaczenia, bo umieram.
I sytuacje kryzysowe pokazują, jak bardzo nie można tej kwestii zostawiać tak zwanemu wolnemu rynkowi, który w rzeczywistości nieuchronnie dąży do monopolu lub oligopolu.
Koncentracja kapitału i maksymalizacja zysku to podstawowe i immanetne cechy gospodarki kapitalistycznej i nie ma nic dziwnego że ma miejsce kiedy żywność zostaje całkowicie utowarowiona.
Ale jest tu istotna różnica. Bo jak się obrażę na Microsofta, albo on na mnie, no to nie będę korzystał z komputera.
Albo nauczę się LInuxa, albo obecnie Adroida.
Jak się obrażę na X-a albo on na mnie to mniej będę marnował czasu na bzdury.
Ale jeżeli jakaś analogiczna do cyfrowych wielka korporacja przejmie kontrolę nad produkcją żywności, to jeżeli z jakiegoś powodu ona się na nas obrazi, albo my na nią, albo po prostu jej interes będzie sprzeczny z interesem kraju, bo nie ma żadnego powodu, żeby nie był i ta korporacja zabierze np. 80% żywności z rynku. Bez żadnej złej woli.
To będzie dobrze wyglądać w raporcie dla akcjonariuszy, bo cała ta żywność zostanie sprzedana w innym rejonie. Albo nawet nie. W tym samym kraju, w tym samym mieście. Tylko w innym sklepie, za dwa razy wyższą cenę.
W sytuacji kryzysu żywnościowego jest to oczywiste jest i w pełni uzasadnione logika zysku.
“Jedynym celem przedsiębiorczości jest maksymalizacja zysku” powiada Klasyk
W raporcie dla akcjonariuszy nie ma oczywiście zmarłych z głodu, ani rolników popełniających samobójstwa po upadku swojego gospodarstwa.
Nie lubię żadnych mistycyzmów ani psychologizmów ale jest coś szczególnego w relacji rolników z ziemią. Czego nie ma (z małymi wyjątkami) klasa robotnicza ani korporacyjna.
Może to wynika po prostu z tego, że do pracy idziemy w wieku 20 20 kilku lat. A jeżeli ktoś jest rolnikiem, to z ziemią ma kontakt od urodzenia. Można powiedzieć, że ziemię ma w jelitach. I to całkiem dosłownie, bo jego mikrobiota jelitowa, wzbogaca się dzięki kontaktowi z ziemią.
Tego też oczywiście nie ma w raportach dla akcjonariuszy. To nie są koszty korporacji. To są koszty nas wszystkich.
Samobójstwa, pogorszenie zdrowia, bezrobocie to są koszty ponoszone przez ogół społeczeństwa. Zysk korporacji (biznesu) jest strata społeczeństwa i niszczeniem, zawłaszczaniem dóbr wspólnych.
Tu pojawia się Proudhona “własność jest kradzieżą” i “własność jest niemożliwa” w odniesieniu do ziemi.
Ale zostawmy te inteligenckie rozważania inteligentnym inteligentom a skupmy się na realiach. Na tym co rzeczywiste, prawdziwe, co można dotknąć, pokroić, wrzucić do garnka i podać na stół.
I tu jest potrzebna aktywna rola państwa.
W ubezpieczaniu rolników od szkód pogodowych, nowej normalności czasów katastrofy klimatycznej.
W dofinansowaniu, nakłanianiu, szkoleniu na temat tego, jak dostosować uprawy do nowych warunków, począwszy od budowy osłon nad całym polem. Jest to zresztą kolejna rzecz, która podniesie cenę produkowanej żywności. I która już zaczyna mieć miejsce w Polsce.
Większa niż dotąd role muszą tez pełnić rządowe strategiczne zapasy żywności.
okres zapoczątkowany pandemią w 2020 roku jest końcem ery spokoju, dobrobytu i nadmiaru.
Jak wyleci w powietrze fabryka komputerów to inna może produkować więcej a my trochę dłużej poczekamy na nowego laptopa.
Ale jak pogoda zniszczy 100% upraw w Dolnej Saksonii (a tu bije ziemniaczane serce Niemiec) to nie tylko Niemcy będą głodować ale odczuje to cała Europa,
A najmocniej kraje biedniejsze od Niemiec, jak Polska. Zawsze w sytuacji niedoboru biedniejsi tracą najwięcej. Taka jest logika rynku.
Pierwszym krokiem do zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego jest wyjecie żywności spod tej logiki. Rola pastwa jest tu jasne postawienie bezpieczeństwa żywnościowego ponad zyski biznesu
Zdjęcie pole niedaleko mojego domu. W tym roku ominęły nas takie nawałnice jak w Polsce, ale wiosenne mrozy poczyniły spustoszenie, aż boję się chodzić oglądać nasz mały sad