Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała na początku października pierwsze ogólnoświatowe wytyczne dotyczące otyłości u dzieci i młodzieży.
Nadwagę ma na świecie około 400 milionów dzieci, czyli co piąte dziecko w wieku 5-19 lat, a według UNICEF 188 mln (9,4%) dzieci na świecie choruje na otyłość. To więcej niż dzieci z niedowagą, tych jest na świecie 9,2%.
Żyjemy w strefie, gdzie raczej nadwaga i otyłość jest problemem, a nie głód (chociaż częstszy jest tzw. głód ukryty, czyli brak składników odżywczych pomimo pozornej obfitości jedzenia, i nierzadko łączy się to z nadwagą/otyłością).
Wytyczne są oczywiście słuszne i nie są niczym nowym, bo to przede wszystkim zalecenia zrównoważonej i różnorodnej diety, zawierającej przede wszystkim owoce, warzywa i rośliny strączkowe, a także ograniczenia ilości tłuszczu, soli i cukru. Czyli to, co dietetyka EBM tłucze do zakutych łbów, ze skutkiem niestety średnim.
Co innego jest szczególnie cenne. Zalecenia WHO na temat interwencji medycznych odnoszą się wprost do medycyny stylu życia i EBM. I do zmian systemowych.
„Podstawą leczenia otyłości u dzieci i młodzieży nie jest medycyna ani operacja, ale dostęp do kompleksowego wsparcia, które umożliwia zdrowe odżywianie, aktywność fizyczną i zrównoważoną zmianę zachowań” — podsumowała to dla Nutrition Inside Luz María De Regil, dyrektor Departamentu Żywienia i Bezpieczeństwa Żywności WHO.
Co jest ważne, to zalecenie, aby te interwencje były maksymalnie dostosowane, zindywidualizowane i uwzględniające indywidualne uwarunkowania fizyczne i kulturowe, i zawierające również wsparcie psychiczne.
WHO zwraca uwagę także na to, że często nadwaga i otyłość wiążą się z takimi problemami psychicznymi jak lęk, depresja, niska samoocena i dysregulacja emocjonalna. I to jest coś, co znam z doświadczenia. W 2021 roku ważyłem 96 kg. Bo zajadałem stres i depresję słodyczami. A zaburzenia odżywiania towarzyszą mojej depresji co najmniej od okresu dojrzewania.
I takie całościowe, systemowe i wymagające głębokich zmian systemowych podejście zalecenia promują.
„Naszym priorytetem musi być zapewnienie każdemu dziecku i nastolatkowi dostępu do wysokiej jakości opieki i wspierającego środowiska od najmłodszych lat, pomagając mu osiągnąć i utrzymać zdrową wagę oraz kładąc podwaliny pod zdrowie i dobre samopoczucie przez całe życie.”
„Społeczności o niskich dochodach borykają się z większym brakiem bezpieczeństwa żywnościowego i nierównościami w zakresie opieki zdrowotnej, co podkreśla potrzebę dostępności zasobów żywieniowych i lepszej edukacji żywieniowej.”
W dokumencie jest wezwanie do wprowadzenia polityk i środków, które uczynią zdrową dietę i aktywność fizyczną bardziej dostępnymi i przystępnymi cenowo, do wykorzystania w tym celu narzędzi regulacyjnych i fiskalnych, a także polityk społecznych.
Bo według wytycznych leczenie otyłości u dzieci i młodzieży powinno wykraczać poza utratę wagi i mieć na celu poprawę zdrowia, funkcjonowania i dobrego samopoczucia. Opieka powinna być skoncentrowana na osobie, dostosowana do wieku i odpowiadać potrzebom każdego dziecka i rodziny, zapewniając długoterminową obserwację i ciągłość.
I tu już nawet nie chodzi o to, co zawsze przy takich okazjach powtarzam, bo tego zawsze brakuje: o udział w tym szefów kuchni. Bo jakkolwiek zrównoważona i zdrowa byłaby dieta nie tylko dla dzieci i młodzieży, to ona musi być przede wszystkim smaczna. Inaczej to można te szlachetne wytyczne wydrukować. Zwinąć w rulonik. I wsadzić sobie w dupę.
To dostarczy zapewne interesujących doświadczeń zmysłowych. Bo zdrowa dieta tworzona bez udziału szefów kuchni takowych nie zapewni.
To jest jednak drobiazg przy zasadniczym problemie.
Jakim jest używanie narzędzi fiskalnych i polityk społecznych. A nawet nie tyle te narzędzia, co histeryczne reakcje obrońców otyłości, alkoholizmu, cukrzycy, chorób serca czy udarów. Zdaniem takich osób, skuteczne działanie na poziomie systemowym i społecznym, zmniejszające częstotliwość tych chorób, oznacza załamanie gospodarki, fundamentem polskiej kultury jest wpierdalanie schabowego na smalcu, a podstawowym prawem i wolnością człowieka jest najebanie się po nocy i darcie ryja po pijaku.
Jest to też komunizm, okupacja przez urzędników (serio, ktoś to napisał na poważnie), Kołyma, Korea Północna… no długo by wyliczać.
Ale czy społeczeństwo ma prawo bronić się przed psychopatami, którzy chcą je niszczyć i mordować?
Norymberga nauczała nas, że ma wręcz obowiązek.
A kim, jeśli nie niebezpiecznym psychopatą, jest człowiek, który ma: ha ha, będę robił majątek na tym, że ludzie będą się uzależniać, będą się rozpadać rodziny, ludzie będą przedwcześnie umierać, a ja będę liczył pieniądze! albo: ha ha ha, ja na tym zbiję majątek, a ludzie będą chorować masowo na cukrzycę i otyłość i umierać przedwcześnie, a ja będę liczył pieniądze. No doktor Mengele byłby zawstydzony. Naziści robili „coś z niczego”, a dzisiaj kapitalizm robi pieniądze z każdej choroby, nieszczęścia i cierpienia.
Łatwiej wyobrazić sobie śmierć z głodu niż śmierć kapitalizmu. Więc nie liczmy na zbyt wiele.
Zalecenia WHO wpisują się w coś, co można by nazwać socjalnym utopizmem. A nie są czymś istotowo różnym i dużo bardziej radykalnym niż from the cradle to the grave powojennego państwa socjalnego konserwatystów (sic!) i socjaldemokratów.
Spójrzmy praktycznie.
Dostępność zdrowej, zrównoważonej diety oznacza likwidację pustyń i bagien żywieniowych. Czyli w Polsce nacjonalizację sieci Żabka i przyłączenie jej do Krajowej Grupy Spożywczej. W wielu innych krajach podobnych działań. Na przykład w USA wobec Walmartu. I związane ze znaczącymi podwyżkami płac, bo w krajach rozwiniętych bieda jest czynnikiem ryzyka rozwoju otyłości.
Wyobrażacie sobie ministra zdrowia, który coś takiego ogłasza? Jako element programu walki z otyłością i alkoholizmem? I dokładnie to samo robi z sieciami fast foodów.
Albo chociaż obłoży w chuj wysokimi podatkami. I to z jednej strony jest uderzenie w biedotę (jak zawsze), ale z drugiej…
Jakby fastfoody, alkohol, słodycze z gówna, syropu glukozowo-fruktozowego i smaku identycznego z naturalnym były strasznie drogie, to jedzenie tego stałoby się symbolem wysokiego statusu materialnego i społecznego.
I bogacze chorowaliby na choroby związane z otyłością itp. A biedota jadłaby zdrowo. I bogaczy dziesiątkowałyby choroby spowodowane złą dietą i choroby, z którymi nie poradzi sobie służba zdrowia, zagłodzona obniżkami podatków, które sami wymusili.
Specyficzna forma sprawiedliwości społecznej w sumie by to była.
Dziękuję za przeczytanie! Jeżeli artykuł był dla Ciebie wartościowy…
Kuchnia to moja przestrzeń dla medycyny stylu życia.
Nie jestem dietetykiem ani lekarzem – jestem szefem kuchni, który należy do Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia. Dietetyka jest niezbędna w nowoczesnej kuchni, i nie jest to niczym nowym: stosowanie zasad dietetyki hipokratejskiej było podstawą warsztatu szefów kuchni już wieki temu. Na Rude Kitchen łączę tę tradycję z nowoczesną nauką. I stylem życia Dowiedz się więcej o tym, jak łączę kulinaria z medycyną stylu życia na stronie "O mnie".
Jeśli to, co tu robię, ma dla Ciebie wartość, możesz mnie wesprzeć albo po prostu się odezwać — linktr.ee/rudekitchen. A jeśli gotujesz moje rzeczy u siebie i smakują Twoim gościom, tym bardziej daj znać.
