Wpadł mi w oczy na LI post o dodatkowym ubezpieczeniu od wypadków i przypadków, na wyjazdach i wakacjach
I moja myśl to była:
nie wykupuję żadnego ubezpieczenia, bo ufam Panu, że mnie przeprowadzi bezpiecznie
A od kilku lat włóczę się po takich miejscach, że to, że raz tylko w ryja dostałem, a i to się skończyło niegroźnie, jasno pokazuje, że ufanie Panu działa lepiej niż ubezpieczenia.
Z 5 najniebezpieczniejszych dzielnic w Hamburgu bywam regularnie… w każdej.
Równie regularnie choć rzadziej bywam w najniebezpieczniejszych częściach najniebezpieczniejszego miasta w Niemczech Bremen
I raz tylko w mordę dostałem
I, a jakże by inaczej, od rodaka
Więc albo opowieści, że Niemiec już nie ma i na ulicach szaleni imigranci gwałcą, mordują i rabują, niekoniecznie w tej kolejności , niekoniecznie są prawdziwe, albo ja w jakiś (zapewne magiczny) sposób unikam niebezpieczeństw.
Jedno i drugie. Opowieści o ulicach pełnych zbrodniczych imigrantów są równie przesadzone co nazwanie Mundialu świętem sportu. No, niby jakiś sport tu jest, ale chodzi kompletnie o co innego.
Bo statystycznie to, że dostałem w mordę od rodaka, to nie przypadek. Polacy są na czele niemieckich statystyk o przestępczości wśród cudzoziemców. Polska wyeksportowała do Niemiec (a zapewne też np. do Anglii) swoje problemy społeczne w liczbie 100 tysięcy polskich bezdomnych żyjących w Niemczech. Wielu jest też w Niemczech zaimportowanych przestępców, żebraków i bezdomnych z Rumunii.
A główny problem i zagrożenie na niemieckich ulicach to rosnąca bieda i bezdomność i przede wszystkim twarde narkotyki, na czele których stoi Król Niemieckich Ulic Crack.
Szczególnie niebezpiecznymi miejscami w Niemczech są dworce w dużych miastach, które stały się punktami zbiorczymi, po niemiecku nazywanymi Brennpunkt, dla bezdomności, drobnej przestępczości, handlu i konsumpcji narkotyków.
Sytuacja najniebezpieczniejsza była 2–3 lata temu. Od tamtej pory na dworcach wprowadzono większe kontrole. Prowadzone wspólnie przez ochronę kolei, policję landową i federalną. Policja federalna odpowiada w Niemczech właśnie za dworce i lotniska ale za ich otoczenie już policja lokalna (landu)
W Hamburgu wybudowano nowy, drugi komisariat przy dworcu.
Pro Tip: W Hamburgu uważajcie szczególnie, wychodząc na stronę Museum für Kunst und Gewerbe. i do dworca autobusowego (ZOB), koło którego znajduje się “skwer narkomanów” i punkt Drob Inn, pomocy uzależnionym.
W tej chwili jest wydzielony duży plac dla osób uzależnionych. Chodzi o to, żeby ich trochę zamknąć w czymś w rodzaju getta (a Niemcy mają prawie tysiącletnią praktykę w zamykaniu elementów w gettach) albo trochę jak małpy w klatce, ale to nie są małpy w klatce. Pamiętajcie to tacy sami ludzie jak ty czy ja i mają takie same prawa i ludzką godność.
Dziękuję za przeczytanie! Jeżeli artykuł był dla Ciebie wartościowy…
Jest też tak, że zapewne z moją stylówą starego załoganta, weterana wojen subkultur i wagą obecnie 82 kg i to nie od lustrzycy, nie wyglądam jak łatwa ofiara. Raczej wyglądam tak, że element piątki ze mną przybija, a handlarze narkotyków pytają, co chcę kupić, a pod dworcem bardziej obawiam się policji niż “elementu”.
Miałem parę sytuacji gdzie mogło być ciężko. Pomijając tę sytuację, w której napadł na mnie mój rodak, zagrożeniem byli niemieccy dresiarze.
Do niczego nie doszło, ale raz na przykład sytuacja wyglądała, jakby szykowali się, żeby mnie zrobić. Wpierdol i rabunek, taki raczej międzynarodowy standard, tylko jeszcze kolegów ściągają, bo we dwóch nie zaryzykują.
Wolałem nie czekać, żeby się nie przekonywać, czy słusznie mi się wydaje, i spierdoliłem.
Pro tip: to jest z reguły najlepsza opcja, niekoniecznie rozpaczliwa ucieczka, ale oddalenie się. Bo nawet jeżeli uważasz, że dasz radę, to nigdy nie wiesz tak naprawdę, z kim masz do czynienia i czy nie ma sprzętu. A najważniejsza zasada bezpieczeństwa na ulicy jest taka, że jak kozaczysz, to trafisz na większego kozaka od siebie.
Zwłaszcza w takim mieście, gdzie jak w Hamburgu, trwa wojna gangów.
W styczniu 2025 roku dzieciak przysłany przez Mocro-mafię (kontrolującą import kokainy do Europy, a Hamburg jest najważniejszym portem dla tej korporacji) strzelał w St. George w Grand Baklava, cukierni z najlepszą baklavą w Hamburgu, do członka tureckiej mafii, rządzącej St. George. Jedno trzeba przyznać tureckim gangusom: na baklawie się znają
St. George, którego częścią jest też Dworzec Główny, należy do najniebezpieczniejszych miejsc w Hamburgu. Top 2 razem z St. Pauli. I jest to związane głównie z tym, że są to dzielnice imprezowe, pełne gości i turystów.
A to zawsze oznacza alkohol i inne narkotyki, prostytucję, przemoc, przestępczość. Trochę jak na Pradze Północ kilkanaście lat temu. Kiedy dotarła już gentryfikacja i przyjeżdżali „turyści zza Wisły”, lokalsi trzymali się mocno i były miejsca, gdzie, jak turyści weszli, to zaraz spierdalali.
St. George to od jakiegoś czasu teren handlu i konsumpcji cracku. Chociaż dilerzy, przynajmniej z mojego doświadczenia, są raczej grzecznymi ludźmi i nienachalnie proponują swoje usługi, tacy młodzi biznesmeni, w większości czarni migranci
Chociaż spotkałem też Polaka dilera. Polaków jest dużo (zaraz po Turkach) w niemieckim biznesie narkotykowym, ale z reguły wyżej w strukturze. Uliczny dealer to koniec układu pokarmowego, przeznaczony na pożarcie. Nie różni się to bardzo od robola w fabryce czy leminga w korpo.
Natomiast konsumenci cracku mogą być groźni i agresywni. Prawdopodobnie Polak, który mnie zaatakował na St. Pauli, był uzależniony od cracku.
Ale generalnie to są fajne miejsca i biorąc pod uwagę ilość ludzi jaka tam się przewala, ilu turystów, zwłaszcza w weekendy, to nie jest tak, że was obrabują, zgwałcą i zjedzą (niekoniecznie w tej kolejności), jak tam pójdziecie.
Ale bądźcie ostrożni, ale nie przestraszeni. Przyjezdni, turyści to łatwy cel dla rabunków, kradzieży i pobić
Oczywistym i naturalnym terenem dla tego są właśnie dworce. Zwłaszcza tak ogromne jak w Hamburgu
Największy dworzec w Europie, w Paryżu obsługuje 700 tysięcy pasażerów dziennie i ma ponad 40 torów. Hamburski obsługuje 500 tysięcy i ma torów 14, więc tłum jest potworny. I bardzo łatwo jest tam kogoś okraść.
Tylko znowu, kiedy dworzec hamburski był najniebezpieczniejszym miejscem w Niemczech, zdarzyło mi się tam spać na podłodze pewnej nocy. Jedynie obudził mnie pan serwis sprzątający dużą maszyną, nikt inny mi głowy nie zawracał ani nie próbował mnie okraść czy zgwałcić. Ale może to drugie, bo już jestem za stary.
Swoją drogą, nocny Hauptbahnhof w Hamburgu to faktycznie specyficzny świat. “All the animals come out at night. Queens, fairies, dopers, junkies, sick venal.” Tacy sami ludzie jak ty i ja i mający takie samo prawo do prywatności
I taka jest pierwsza z zasad
1. Nie róbcie bezdomnym czy narkomanom na St. George, ani dworcu, ani nigdzie indziej. Bo to jest pierwsza zasada, przez którą i ja w ryja dostałem. To nie małpy w zoo ani atrakcja turystyczna, tylko tacy sami ludzie jak ty i ja, i mają takie samo prawo do szacunku i prywatności jak ty czy ja.
Jeżeli to robicie, nie dziwcie się, że spotykacie się z agresją. Możecie nawet stracić telefon. I słusznie
Tym bardziej, że w Niemczech ludzie są bardzo uczuleni na punkcie swojej prywatności i robienia im bez ich zgody zdjęć.
Miałem sytuację gdy starszy pan (qrwa! on był prawie w moim wieku, tylko nie wiem czy starszy czy młodszy) podszedł do mnie na ulicy i grzecznie poprosił o skasowanie zdjęcia które mu zrobiłem
A robiłem zdjęcie zdobień budynku, przy którym przechodził.
Mógłbym się spierać, czy słusznie, czy po powiększeniu można go rozpoznać. Gdybym był zjebem, to tak bym zrobił, ale ponieważ nie jestem zjebem, to grzecznie skasowałem.
W Niemczech o czym też warto pamiętać takie żądania mają podstawę prawną
Niedawno pewna spierdolina wrzuciła film na YouTube o tym, jak strasznie jest w Hamburgu i był bardzo zdziwiony, gdy przyjechała policja, bo filmował jakiegoś imigranta, po którą zadzwonił ten imigrant, który sobie nie życzył, żeby go filmować. Jak się będziecie stawiać w takiej sytuacji policji, możecie nawet stracić telefon.
Mam z ponad pięciu lat ledwie kilka takich zdjęć, zrobionych z dużej odległości, gdzie postacie są niewyraźne, zasłonięte, zamazane, nie do rozpoznania albo same legowiska.
Hamburg to notabene miasto w Niemczech z największą liczbą bezdomnych w stosunku do ogółu mieszkańców. I jest wśród nich spora grupa Polaków, jak w każdym znanym mi dużym niemieckim mieście. I to Polacy odpowiadają w dużym stopniu za to, że okolice dworców dużych miast w Niemczech są obecnie niebezpieczne.
2. Ja wiem, że mowa ciała, styl ubierania, etc. to nie jest coś, co tak łatwo z dnia na dzień zmienić, ale to jest też ważna część bycia bezpiecznym w mieście.
Tym bardziej jak jesteście turystą. Turysta to oczywista i naturalna ofiara.
Ale po prostu warto wiedzieć gdzie się idzie anie rozglądać bezradnie i kręcić jak gówno co go woda nie zabrała.
Wiem, że czasem się nie da, sam się tak nieraz do dziś kręcę w Hamburgu.
Ale już o ciuchach warto pomyśleć. Drogie ciuchy zachęcają, żeby skroić, podobnie biżuteria czy ultradrogie gadżety.
W takich miejscach jak St. George są też dla wielu osób triggerem, kłują w oczy żyjącą tam biedotę. Lokalsi mogą to odbierać jako sposób pokazywania, że jest się lepszym. A jak turysta okazuje, że jest lepszym, to ******** mu się należy.
Pamiętajcie też o takich prostych zasadach, jak to, żeby nie mieć portfela czy telefonu w tylnej kieszeni spodni. Zadziwiające, jak wiele osób tak nosi. Super są wszelkie kurtki z wewnętrznymi zamykanymi kieszeniami. Po co ułatwiać robotę kieszonkowcom.
I nie zachęcam do wyglądania, jakbyście chcieli komuś ***********, bo zawsze się wtedy znajdzie taki, co zechce to sprawdzić. Bo nie warto kozaczyć. Jak zaczniesz kozaczyć, trafisz zawsze na większego kozaka.
3. I to jest kolejna zasada bezpieczeństwa, którą wam polecam.
Nie bądź kozakiem ani innym rodzajem dupka.
Zwłaszcza rasistowskiego dupka.
Ja rozumiem, że kogoś może przerażać bajzel (targowiska narkotyków) pod dworcem kolejowym. Ale jak już widzą tam tylko czarnych, których notabene jest bardzo niewielu, wśród ćpunów i alkusów, to już znaczy, że są ******** dupkami. Którzy obsrywają się, że w centrum Hamburga jest wielu czarnych i Arabów. I jak wejdą w dzielnicę imigrancką czy do parku na Sternchanze, gdzie jest mnóstwo imigrantów, to srają jeszcze bardziej i jednocześnie nienawidzą tych ludzi i nimi gardzą.
No więc niech się nie dziwią, jak dostaną w ryja. Tam, gdzie ja zbijam piątki albo miło gawędzę z dwoma młodymi imigrantami z Ghany.
Tę niechęć widać w mowie ciała i czuć. A jak jesteś imigrantem, zwłaszcza tym o najniższym statusie (bo ja np. jestem imigrantem klasy drugiej, a oni co najwyżej czwartej), to stajesz się mistrzem w wyczuwaniu takich rzeczy.
Ale też, żebyśmy mieli jasność, nie chodzi o to, żebyście na siłę z jakimiś dziwnymi typami się fraternizowali.
Po prostu nie bądźcie dupkami i pracujcie nad swoją postawą wobec obcych.
I tak zastanawiam się> po chuj taki dupek co się obsrywa na widok obcych wyłazi ze swoje piwnicy, gdzie są sami swoi i jest bezpiecznie?
4. Uważność!
Jak się okazuje, tradycje buddyjskie są przydatne również, żeby nie zostać obrabowanym. To uważność na otoczenie i przede wszystkim podstawowa zasada: SŁUCHAWKI WON!
Sam bardzo lubię słuchać muzyki, gdzieś wędrując, podróżując. Natomiast w mieście praktycznie nigdy ich nie używam. Nawet słuchawki bez dźwięku są niebezpieczne, bo tłumią dźwięki z otoczenia
Mając słuchawki, dajesz wyraźny sygnał: nie wiem, co się dzieje dookoła, możesz mnie obrabować, spuścić mi ********, zgwałcić, zjeść, a ja się zorientuję dopiero, gdy będę drugim daniem.
Piąty punkt jest najgorszy, najstraszniejszy i, co gorsza, piwo też.
5. W takie niebezpieczne miejsca jak Sankt Pauli, zwłaszcza okolice Reeperbahn czy St. George, Niemcy i turyści z innych krajów nie jadą, żeby poczuć klimat, poczuć miejsce, dotknąć ulicy, jak ja to nazywam, tylko się zabawić.
No qrwa, co będziemy ściemniać. Najebać się jak chuj. Takie getta dla upadlania się są typowe dla Niemiec.
I notabene dlatego te okolice są tak niebezpieczne. Tam, gdzie pojawia się alkohol, pojawiają się inne substancje, zawsze pojawia się przestępczość, kieszonkowcy, rabusie, prostytucja, pojawiają się gangi kontrolujące prostytutki. A osoby pijane czy pod wpływem innych substancji są łatwą ofiarą.
I ta najważniejsza i najtrudniejsza zasada to zachować trzeźwość.
Pod wpływem substancji, zwłaszcza w obcym mieście, łatwo zabłądzić i na przykład wpaść (w Hamburgu) do jakiegoś kanału.
Nie zachęcam do abstynencji, bo to nic nie da; zachęcam, żeby mieć świadomość tego, że to, co robimy, oznacza konsekwencje.
Jestem pewien, że gdybym wtedy, gdy zostałem zaatakowany, był pod wpływem alkoholu, zacząłbym się szarpać, a biorąc pod uwagę, że choć agresor był dość słaby, to miał za plecami 10 kolegów, mogłoby się to dla mnie skończyć zbutowaniem.
I może was zżerać ciekawość, co się stało.
Sytuacja była w sumie dość zabawna.
Szedłem sobie, jak to ja, po St. Pauli i skręciłem tam, gdzie mnie oczy poniosą. I tak szedłem, aż zobaczyłem ścianę w bocznej uliczce pokrytą plakatami i graffiti. I jak to mam zwyczaju, zacząłem robić zdjęcia. I kawałek dalej siedziała jakaś ekipa, może punki? To nie były punki.
Jeden z tej ekipy zerwał się i zaczął biec w moim kierunku. Próbował wyrwać mi telefon i zaczął mnie okładać, wyzywając jednocześnie po polsku.
Co już było dużym plusem dla mnie, bo z niemieckim miałbym problem, a to, że mówiłem do niego po polsku, też mogło go trochę uspokoić.
Ćpuny sądziły, że robię im zdjęcia czy ich filmuję.
I znowu. Nie szarpałem się z nim, nie stawiałem w sprawie bez znaczenia tylko, cały czas jedną ręką kontrolując napastnika, odsuwając go, drugą ręką skasowałem zdjęcia
W wielu sytuacjach, oczywiste, nie wszystkich, można sobie poradzić właśnie, nie stawiając się i odchodząc czy kasując zdjęcia, kiedy ktoś… grzecznie prosi. A jak ma kosę czy kolegów dla wzmocnienia argumentów, to nawet nie myślcie o innym rozwiązaniu.
Najzabawniejsze w moim przypadku było to, że koleś mnie cały czas wyzywał od pedałów. Chuj wie dlaczego…
I dopiero jakiś czas potem, gdy znowu byłem w tej samej okolicy dotarło do mnie, ze z jego punktu widzenia ja przyszedłem od strony ulicy gdzie były jeden obok drugiego kluby gayowskie,
Kuchnia to moja przestrzeń dla medycyny stylu życia.
Nie jestem dietetykiem ani lekarzem – jestem szefem kuchni, który należy do Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia. Dietetyka jest niezbędna w nowoczesnej kuchni, i nie jest to niczym nowym: stosowanie zasad dietetyki hipokratejskiej było podstawą warsztatu szefów kuchni już wieki temu. Na Rude Kitchen łączę tę tradycję z nowoczesną nauką. I stylem życia Dowiedz się więcej o tym, jak łączę kulinaria z medycyną stylu życia na stronie "O mnie".
Jeśli to, co tu robię, ma dla Ciebie wartość, możesz mnie wesprzeć albo po prostu się odezwać — linktr.ee/rudekitchen. A jeśli gotujesz moje rzeczy u siebie i smakują Twoim gościom, tym bardziej daj znać.
